
Absolut - pojęcie oznaczające byt doskonały, najwyższy, pełny, niezależny, nieuwarunkowany, bezwzględny. Występuje w wielu filozofiach idealistycznych. Absolut może być traktowany jako filozoficzny odpowiednik pojęcia Boga, pozbawionego jednak przymiotów osobowych, choć w niektórych systemach pojęcia Boga i absolutu są właściwie równoważne.
Katharsis - uwolnienie cierpienia, oczyszczenie, rozładowanie uczuć, wzruszeń pod wpływem sztuki. Odreagowanie zablokowanego napięcia, stłumionych emocji, skrępowanych myśli i wyobrażeń, które podlegały kontroli mechanizmów obronnych, ego lub kontroli społecznej (persony jednostki).
Sigur Rós (isl. róża zwycięstwa; ['sɪːɣʏr rouːs] ?/i) – islandzki zespół założony w Reykjavíku w 1994, grający muzykę post-rockową z elementami klasycznymi, ekperymentalnymi i minimalistycznymi. Zespół znany jest z wyróżniającego się, falsetowego głosu wokalisty.
Próbuje włączyć w sobie jakieś zapasowe pokłady grafomanii, i chyba nie jestem w stanie. A zdaje mi się, że tylko tak można pisać o tym koncercie, o całym Sigur Rós - żeby nie spłycić, żeby chociaż w części oddać to co się tam działo. Napisać, że czasoprzestrzeń podczas otwierającego Svefn-G-Englar gdzieś zniknęła, Jonsiemu pod czapką wyrastały elfie uszy podczas grania Olsen Olsen (ktoś widział!), amfiteatr przeniósł się na lodowiec, na łąkę, do lasu, w góóóóóóóry, wielkie, ośnieżone góry, grali na szczycie a wokół były chmuryyy aaaaa... WRÓĆ.
Warszawa, 20 sierpnia, Park Sowińskiego, wchodzimy do amfiteatru (pozdrawiam ochronę, która wpuściłaby mnie nawet z takim aparatem/obiekwtywem). Ludzi więcej niż dużo, po tym przeniesieniu koncertu ze Stodoły i zwiększeniu puli biletów organizatorom kaska się w kieszeni zgadzała, niestety nie na tyle, żeby załatwić kilka toitojów. No ale nic to, zaraz zagra Olafur Arnalds, ile to ja się nim napodniecałem, a tu krąże wokół tematów okołotoitojowych, nie wypada.
Ehhh... Równo o 20 wyszedł na scenę, mały niepozorny, w towarzystwie kilku instrumentalistów. Tutaj należy się kilka słów wyjaśnienia czego oczekiwałem. Eulogy for Evolution to dla mnie jedna z czołowych płyt minionego roku (nie znałem przed robieniem listy, sorry), jeśli nie najlepsza. I stawiałem ten koncert niemal na równi z Sigurami, miał mnie ponieść gdzieś w górę, miałem mieć ciary na plecach jak przy słuchaniu płyty, miało mnie wbić w ziemię lub jeśli trzeba w beton. Rozczarowałem się. Zagrał bez polotu, krótko - ledwo trzydzieści minut, wybierając przy tym jeszcze te mniej efektowne swoje kompozycje. Wyglądało to wszystko jak scieżka dzwiękowa do podłączania sprzętu Sigur Rós.
Szloch, otarłem łzy zawodu, pogniewałem się na Olafura i poszedłem pod scenę na właściwią część koncertu. Pod same barierki, drugi rząd, wszystko z bliska, powiedziałbym, że pewnie Anioł mnie tam zaprowadził! Islandczycy kazali długo na siebie czekać, wywoływani co chwile oklaskami, wyszli w końcu w okolicy godziny 21. Poleciały pierwsze dźwięki Svefn-G-Englar i już nas tam nie było...
...przypomniały mi się te pierwsze jesienne przesłuchania Ágætis Byrjun, samotne łażenie po lesie z nim na uszach, dawne zachwyty. Cała ta metafizyka, nadprzyrodzoność znajdowała się teraz jakieś 3 metry ode mnie, to wszystko uderzało we mnie ze zmasowaną siłą... zdynstansować się od tego i oddać trafnie co przeżywałem w ciągu tych dwóch godzin nie umiem. Wiem tylko, że już nigdy nie usłyszę tak pięknego Ny Batteri a Hoppipolla już nigdy nie trafi tak centralnie we mnie. I tak dalej, mnożyć mogę aż wyliczę całą setlistę, bo w każdym z 16 kawałków było coś niesamowitego. Poleciał przekrój przez całą twórczość, ogólnie setlista marzenie nie licząc braku Vaki, na którą czekałem bardzo, i chyba nie tylko ja.
Osobny akapit ze złotą czcionką należy się przedostatniemu Popplagið, to był pierwszy z dwóch bisów. Jeśli przez cały koncert było nieziemsko, to podczas grania tego finału krążyłem gdzieś mentalnie w okolicach plutona. Dajcie mi gdzieś filmik z tego, bo ja nie uwierze, że to działo się naprawdę.
Cokolwiek napiszę, będzie za mało, więc. Filmiki wrzucam, możecie podziwiać spokój mojej nieruchomej ręki jak i pionowe nagrywanie, kopirajts by Martyna & Kamil itd. i wszyyystko. ;
#1 Czas najwyższy spisać kronikę Off'a 08, jak zwykle spóźniony jestem, mam nadzieję, że nie usnę przed końcem bo jest północ, a moja pamięć ma deadline przypuszczalnie w okolicach jutrzejszego ranka. A więc do roboty, będzie bez zbędnych dłużyzn, konkrety.
#2 Zanim przejdę do koncertów, może trochę organizacji: festiwal wyglądał trochę inaczej niż w tamtym roku, zwiększono liczbę scen do pięciu. Trochę wyszło z tego zamieszania, bo w książeczce programowej rozkład sceny Myspace był na samym końcu. Zobaczyłem to gdy już wracałem do domu, nie widziałem tam żadnego koncertu.
#3 Ogródek piwny zwiększył swoją powierzchnie gdzieś dziesięciokrotnie w porównaniu z tamtym rokiem. Z cen piwa chyba każdy był kontent, choć te lane to raczej było woda z dodatkiem piwa. Nie spisano się za bardzo jeśli chodzi o gastronomie, kilka stoisk z wieelkimi kolejkami, poza tym ktoś tam chyba nie uwzględnił opcji, że ktoś może nie jeść mięsa. Ale wystarczyło wyjść z terenu festiwalu, przejść z 20 metrów i można było zjeść coś normalnego w takim budynku obok. Na szczęście niewielu na ten pomysł wpadło i bezstresowo, bezkolejkowo można było zakupić coś dobrego.
#4 Pole namiotowe i jego klimat - niesamowity. Na pewno nie każdemu pasował, wielu mogło się bulwersować - trzeba było iść do hotelu. Nie ma szans, żeby opisać wszystkie śmieszne rzeczy, które tam się działy. Pozdrawiam ludzi, którzy buchnęli wózek z Biedronki i fana Waglewskich z niedzieli rano.
#5 Najsłabszym punktem line-up'u w tym roku była bezsprzecznie pogoda. Na szczęście nie była na tyle bezczelna, i oszczędziła koncerty - padało tylko rano/raz popołudniu, ale akurat koncert był w namiocie. Mimo wszystko potrafiła popsuć klimat i pobrudzić buty. No i odkryła nowy sport ekstremalny - schodzenie do pola namiotowego z górki przez tory.
#6 Niemożliwe było obejrzenie wszystkiego, szczególnie w moim przypadku ("zimno, idę po bluze..." "nie chce mi się nosić torby..." "zapomniałem portfela..."). Jeden koncert nie zdążył się skończyć, a już zaczynał się następny - tym sposobem straciłem Caribou (podobno fantastyczny), wymieniłem go po prostu na barierki na Mogwai. Trudna sztuka wyboru. Z większych rzeczy straciłem również Menomenę, reszta została opuszczona już bardziej świadomie i z premedytacją.
#7 Afro Kolektyw. Ciężko byłoby mi wyobrazić sobie lepsze rozpoczęcie festiwalu. Nie wiem kto to ustalił, że grać mogli taką śmieszną ilość minut, ale na pewno to był błąd. Grali nowe kawałki ("Mężczyźni są..." i "Będę Was Bić..." no wymiotło całkowicie) przez co publika trochę zesztywniała, chyba mało kto tam je znał. Zabijcie mnie, ale Połącz Kropki to będzie coś genialnego - już na żadną inną płytę w tym roku tak nie czekam. Do tego miałem przyjemność pogadać z Afrojaxem po występie, zajebisty gość - wszystko to razem wprawiło mnie w znakomity humor, a to dopiero począąątek.
#8 Muchy. Nie wiem jak to się stało, że prawie 4 godziny przeciekły mi między palcami, ale faktem jest, że następny koncert jaki widziałem to Muchy. Z resztą, oberwanie chmury zapewniło poznaniakom potężne audytorium - mieli szczęście grać pod namiotem Offensywy. Widziałem ich po raz pierwszy na żywo i to chyba ustawiło całą sytuację - ja nadal bardzo lubię Terroromans. Może gdybym podchodził zimno, z odległości, byłoby mniej fajnie - ale ja się po prostu dobrze bawiłem (mimo hord rozhisteryzowanych i purpurowych ze zmęczenia nastek pod sceną). Nagłośnienie trochę nawalało, konkretniej wokal trochę przytłumiony był, nowe utwory mi się nie podobały, alee - Zapach Wrzątku nadal niszczy. I Miasto Doznań. I...
#9 Of Montreal. Tutaj podziękowanie dla pewnej przeuroczej ziomalki, która propsowała mi Hissing Fauna do skutku ; . Gdy na scenie pojawili się amerykanie deszcz posłusznie skulił ogon i uciekł gdzieś w pizdu. Do całej sytuacji pasowałoby, gdyby na niebie, gdzieś za sceną pojawiła się gigantyczna tęczaaa. Kurde, ciężko opisać choć w małej części to, co działo się na scenie gdy wyszedł na nią Kevin w majtkach ze swoim prywatnym Zoo. Fantastyczne wizualizacje, biegające po scenie zwierzęta, jakieś absurdalne skecze, gość trzymający ręce w górze przez 10 minut, golenie wąsów (!!) - gratulucje dla tego, kto to wszystko jest w stanie spamiętać. Highlight to zdecydowanie She's a rejector (możecie obejrzeć pod spodem) - doznajcie gościa czytającego gazetę i Kevina szalejącego pod koniec. Jako całość koncert dla mnie jeden z dwóch najlepszych na całej imprezie. Szkoda tylko, że popełnili taką zbrodnię na widowisku i nie zagrali NIC z Satanic Panic, a czeeekałem! I raczej nie tylko ja, eh.
#10 Clinic. Szkoda mi strasznie, ale nie mogłem dotrzeć pod samą scenę, słuchałem tylko z daleka. Setlista świetna, wszystko znałem, nogi chwilami same mi się rwały żeby biec w stronę sceny leśnej, no ale nie można mieć wszystkiego.. tak piszę, żeby się pożalić, haha. No i jeśli już coś tam dosłyszałem, to było to dobre/bardzo dobre, nie rozumiem narzekań powszechnych na laście i w innych miejscach.
#11 Dick4Dick. Zahaczyłem o nich tylko chwilę, i nie było żal mi opuścić po 5 minutach. Tego samego żartu nie powtarza się dwa razy, a co dopiero 23153 razy.
#12 Hey. Nosowska wyszła na scenę z założeniem, że musi przepraszać za to, że się tam znajduje. I trochę racji miała, kompletnie nie mam pojęcia po co Rojek ją tam upchnął, w jakim celu - zupełnie nie pasowało to do założeń festiwalu i reszty line-up'u. Pograli, poprzepraszali, posłuchałem z dystansu i nie powiem, żebym żałował tego, że nie dopychałem się dalej pod scenę. Huśtawki na plaży > Hey.
#13 Mogwai. Taktaktaktaktak. Połowa zapału i motywacji na wyjazd do Mysłowic zawierała się właśnie w tych sześciu literkach: M O G W A I. Zapalony Kamil już prawie godzinę przed występem szkotów dzielnie koczował pod barierkami, wybierając miejsce w samym środku, z idealnym widokiem. Co z tego, że Kamil w momencie rozpoczęcia koncertu był na nogach od prawie 40 godzin, i naturalną koleją rzeczy byłoby gdyby tam pod tymi barierkami nagle pieprznął z impetem w ziemie i tak jeszcze przed zobaczeniem Mogwai umarł ze zmęczenia oraz wykończenia fizycznego. Ale tak się nie stało, nagle zabrzmiał głos w słuchawce znany z Yes! I Am A Long Way From Home, i tak rozpoczęło się najlepsze półtorej godziny Off Festivalu 2008. Może to nie było do końca to, o czym marzyłem - 3/4 Young Team, armagedon, dziura w ziemi, poprzechylane drzewa i ja głuchy od ścian dzwięku - ale mimo wszystko był to najlepszy koncert Off'a. Znalazły się trochę przynudzające nowe kawałki, ale wszystko zrekomensował Mogwai Fear Satan. I nigdy nie zapomnę nażelowanego pana ochroniarza, który stał centralnie w środku odwrócony tyłem do sceny, z kamienną posturą przez cały ich występ nawet nie drgnął. Co mogło się dziać w głowie takiego gościa, gdy zaraz za nim Mogwai, mówiąc brzydko, napierdala, że aż dech zapiera? Co będzie jutro na obiad?
#14 Zniszczony już całkowicie, zgwałcony mentalnie przez Mogwai odpuściłem sobie Waglewskich i resztę towarzystwa, i udałem się grzecznie do namiotu by tam spokojnie sobie moknąć. Tak skończył się pierwszy dzień.
#15 W sobotę przywitała nas ulewa, która skończyła się w okolicach południa. Ja, znany z przemyślenia i patrzenia przyszłościowego dopiero wtedy pomyślałem, że namiot miałby się lepiej, gdyby przykryć go folią. Co też niezwłocznie uczyniłem, zgodnie z prawami Murphy'ego do końca mojego pobytu na Mysłowice nie spadła ani kropla deszczu, a ja zainwestowałem kasę w folię średnio trafnie. Plus dla organizatorów za prysznice, dużo lepsze niż w tamtym roku, przede wszystkim gorąące, czyste, tylko kolejki dość spore.
#16 Renton rozpoczął dla mnie drugi dzień koncertów. Zagrali b. dobrze 'jak na swoje możliwości', widziałem ich na Rafinerii i tu była zdecydowana większa moc. Choć wokalista ekspresją nie tryskał, i jak ktoś zauważył, kolejny koncert grał w tej samej, różowiutkiej koszulce :D Na singlach nawet zdarzyło mi się poskakać, ogólnie in plus.
#17 Baaba. Choć nie lubię takich jazzo-podobnych tworów oglądać na festiwalach, dawali zdecydowanie radę. Moretti i Duda to jak znak jakości. Świetnie bawili się muzyką, bardzo luźnie podchodzili do sprawy, dobry kontakt z publicznością. No i motyw z Borewicza, nie żałuję tej pół godziny na nich, choć pewnie w domu nigdy nie posłucham.
#18 Czesław Śpiewa. Haha, poszedłem chyba tylko z czystej złośliwości, i aby już po raz 3 przekonać się, że ten gość niczego godnego uwagi sobą nie reprezentuje, a już NA PEWNO nic godnego takiej zmasowanej podjary. Momentami to aż było śmieszne, masa ludzi klaszcząca za każdą głupotą, którą wypowiedział - normalnie jak na jakimś przemowieniu Papieża. Pozdro dla gościa, który po kolejnej już z rzędu żenadnej reakcji publiki krzyknął głośno "Wyyypierdalaj!". Zwinąłem się w miarę szybko, co by sobie zdrowia nie psuć.
#19 Karol Schwarz All Star. To na pewno nie był koncert dla tych, którzy po 18 na scenie eksperymentalnej znaleźli się przypadkiem. To na pewno nie jest projekt, który przekonuje do siebie przy pierwszym zetknięciu. Zagrali Krótkie spojrzenie, Konkret, Stocznia, i za samo to mają u mnie ogromnie pozytywny odbiór. Była Prośba z tekstem Wojaczka, była gitarowa sieka na Ostatniej Modlitwie Bohaterów (przepotężna naprawdę). Kontakt z nieliczną publiką trochę napięty (hah, nie obyło się bez 'spierdalaj' przez kogoś rzuconego), panowie wyglądali trochę jakby znaleźli się tam przypadkiem, ale mnie ogólnie bardzo się podobało - jeden z trójki najlepszych polskich koncertów. (pozdrawiam pana od recytacji tekstów, świetnie się z nim piło piwo :D)
#20 So So Modern poświęciłem dla wyżej opisanego Karola, tzn poszedłem na ostatnie 10 minut i jedyne co tam doznałem, to ból głowy. Jeśli mogę oceniać na tak malutkiej postawie to nie podobało mi się. Później masowo opuszczałem Izrael, Menomenę i Singapore Sling, kiedyś jednak trzeba zażyć internetu (haha, no dobra, nie do końca ; ), zjeść coś i wypić.
#21 Do życia muzycznego wróciłem na British Sea Power, lub jak wielu wolało - British Ssie Pałe. Ogólnie bardzo dziwny klimat wytworzył się przed samym koncertem - ze sceny zamiast atakujących reklam poleciała Trójka, w której mówiono o wojnie. Nie muszę chyba pisać, że odcięci od informacji od 2 dni byliśmy lekko zdezorientowani, i wzrokiem pytaliśmy się nawzajem wtf? No nic, po chwili na scenę wlecieli brytyjczycy i się zaczęło. Powiem szczerze, że spodziewałem się czegoś lepszego, było trochę sztywno, nie przekonali mnie do siebie. Może stałem zbyt daleko do sceny, ludzie wokół też trochę negatywnie nastawieni. Cierpliwie czekałem na Waving Flags, które *musiało* mnie porwać, niestety tak się nie stało. Stałem neutralnie bujając się, nic nadzwyczajnego, pod koniec wyszliśmy z tłumu. Pytanie tylko, po co jeden z nich miał paprotkę na łbie?
#22 Przepraszam, ale geniuszu Jamesa Chance'a nie dostrzegłem, choć się starałem. Nie podnieca mnie staruszek w białym garniturze skaczący z saksofonem, nie w tamtej chwili, nie w tamym miejscu. Bałem się trochę, żeby zawału nie dostał. Odeszliśmy od leśnej sceny po piętnastu minutach.
#23 Jacaszek. Czekałem na ten koncert jak na zbawienie, i się nie zawiodłem. Zainteresowanie trochę przerosło oczekiwania, bo dostać się do środka sceny ekperymentalnej było baardzo ciężko, wytrwać cały występ w tej duchocie było jeszcze ciężej. Jednak wytworzony tam klimat z żywymi instrumentami wszystko to rekompensował, udało mi się nawet usiąść i nie umrzeć z braku powietrza. Kapitalnie, czarująco, niesamowicie - tyle mogę powiedzieć.
#24 Lao Che dzielnie walczyło z Czesławem o miano najgorszego koncertu na festiwalu. Grali o tej samej godzinie, co poprzedniego dnia Mogwai, z lekka nieporozumienie. Po dziesięciu minutach stania ze skwaszoną miną udałem się na ławki i tam przeczekałem...
#25 ...do występu LUC'a i Rahima. Jedyny hip-hopopwy występ na imprezie, muzycznie bardzo mi się podobał, tylko momentami LUC przesadzał, zabawa w jakieś heppeningi, wyciąganie komórek, rzucanie ulotek. Mogli by więcej grać, mniej się wczuwać.
#26 Kończył festiwal Max Tundra, szkoda, że lepiej nie znałem jego twórczości, bo niektórzy bawili się nieziemsko. Ja raczej trochę zdezorientowany przyglądałem się z boku tym wszystkim wygibasom. Sam Tundra śmieszny gość, metr pięćdziesiąt i brzuszek, później wyskoczył na parkiet i sam się bawił, przytulał do dziewczyn i inne dziwne akcje. Tak to wszystko się kończyło...
#27 Iron & Wine trzeciego dnia nie dane mi było widzieć, bilety się wyprzedały szybko, a jak się później okazało, za darmo przed wejściem ludzie rozdawali, bo mieli za dużo. No cóż, gdy Sam grał sobie w kościele, ja siedziałem już w domu nieprzytomny. Festiwal był bardzo udany, do tego nie mam wątpliwości, zobaczymy co tam nam Rojek przyszykuje za rok, ale jeśli utrzyma taką tendencję, może okaże się boskim avatarem i sprowadzi mi Modest Mouse. Eh eh, już nie mam siły pisać więc pozwolicie, że z takim biednym podsumowaniem zakończę tę prawie-relacje. I sorry, ale nie sprawdze tego - za długie :D
Nie wierzcie mediom. Telewizja ogłupia, wciska nam kit, a większość społeczeństwa w to wierzy. Wielka, nadmuchana promocja sprawiła, iż uwierzyliście, że Opener to najważniejszy festiwal w Polsce, Off potężnym line-up'em stoi i tak dalej. Ale ja nie dałem sobie zamydlić oczu, bo wiem, że w koncertach nie liczą się fajerwerki i pompa (btw, czy ktoś jeszcze doznawał relacje z Openera w tvp i, przede wszystkim, Szydłowską tam?) a muzyka i skromność. Nie dałem się tej fali pozorów i wybrałem. Wybrałem jedyny słuszny festiwal tego lata - Fląder Pop Festiwal w Gdańsku. Nad samym morzem, właściwie niemal w morzu, wejście na plaże numer 58.
Gdy otwierałem oczy w sobotę rano - a było to w granicach godziny 13, nic nie zapowiadało tak pełnego wrażeń dnia. Rutynowo włączyłem komputer, sprawdziłem pocztę, koncerty... I tu zostałem porażony. Dziś Fląder Pop Festiwal! Poszedłem przemyć oczy dla pewności, wróciłem na miejsce i nic się nie zmieniło, to nie fatamorgana czy inna fantasmagoria, to prawda - cały wieczór wspaniałej muzyki za jedyne dwadzieścia cztery złote dziwięćdziesiąt groszy ulgowego na pospieszny do Trójmiasta.
Line-up wyglądał następująco: Kiev Office - nie znam, ale i tak na to nie zdąże więc nie ma problemu; Kawałek Kulki - znam, ale i tak na to nie zdąże więc bez znaczenia; WC - nie znam, nie zdąże, ale fajna nazwa; Robert Brylewski - oho, zaczyna robić się ciekawie; Apteka - jupi jupi; Jam Bee Boom - białoruska folkowa rewelacja, czy trzeba mówić więcej?; Silly Boyz In The Streetz - to akurat za późno, więc bez znaczenia, że nie znam.
Więcej zachęty mi nie potrzeba było, wsiadłem w pociąg z rozładowaną komórką, co dodatkowo urozmaiciło mi podróż i zapewniło chwilę grozy, haha. Nim się obejrzałem byłem już na miejscu, pkp i te jej superszybkie maszyny. Tutaj następuje miejsce w którym zamieniam się w liczbę mnogą, tzn spotykam spóźniony jednoosobowy komitet powitalny w osobie Martyny, kupujemy odpowiednie trunki... dobra, nie będziemy się bawić w szczegóły. Ważne, że pół godziny później, po podróży autobusem na chybił-trafił ('to chyba ten przystanek, hm.. a może następny..") docieramy do osławionego wejścia numer 58.
Piasek. Piasek, piasek, piasek. Charakteryzował on teren festiwalu. Piasek na ziemi, w powietrzu, piasek we włosach i piasek w piwie. Pierwszy był Brylewski. Chciałbym napisać o tym koncercie więcej, ale ochrona nie wpuściła nas, czy bardziej naszych toreb za barierki i przysłuchiwaliśmy się z dalszej odległości. Co ważne: zagrał Mam Dość z płyty The Users, eh nie podejrzewałem, że kiedyś będę mógł posłuchać tego na żywo; coś tam z jego licznych projektów było, później wyskoczyły na scenę jego córki i zrobiła się impreza rodzinna. Woda zachowywała się jakby też chciała posłuchać Roberta. Siedzieliśmy nad morzem, oglądając topiący się księżyc o wyglądzie żagla, wsłuchani w tę muzykę i wtedy pomyślałem: "tak... tak tworzy się historia - Fląder Pop Festiwal".
Gwoździem programu jednak tak się spodziewałem - okazała się być Apteka. Tu już dziarsko weszliśmy na teren, pod same barierki. Zabawa była przednia - tłum składający się z około ośmiu, w porywach dziesięciu osób tworzył pogo za naszymi plecami. Z przodu zapalony fan co jakiś czas krzyczał "policja i władzaaa!!!" co oznaczało sam nie wiem co - być może ten filmik jest odpowiedzią. Zespół dał ciekawy przekrój przez swój repertuar, była Menda, była nowa płyta, a co najważniejsze - zagrali Ujarane Całe Miasto, które do teraz hasa mi gdzieś w mózgu.
Rewelacyjny białoruski folk o śmiesznej nazwie słyszeliśmy już z daleka, aczkolwiek wydał się bardzo przyjemny. Po Aptece opadł jednak już kurz, zwycięzcy pogo poszli do domu, przegrani szukali zębów i okularów w piasku. Dopiliśmy piwo z dodatkiem piasku (na trawienie) i postanowiliśmy pouprawiać trochę joggingu w stronę przystanku autobusowego. Ze skutkiem co najwyżej średnim.
Tak skończył się ten dziejowy festiwal muzyczny. Nawet nie pytam sam siebie czy było warto, bo byłoby to pytanie czysto retoryczne. Fantastyczny wieczór przy muzyce najwyższej próby, który zapamiętam do końca życia. Gdy za rok będziecie mieli dylemat: Opener czy Off? Nie zastanawiajcie się: Fląder Pop Festiwal.
Ps. Niestety zapomniałem wziąć aparat, ale nic straconego! Martyna ma fotograficzną pamięć i dokładnie narysowała jak wyglądał koncert Apteki ;) Rysunek umieszczam poniżej, potwierdzam, że dokładnie tak to wyglądało. Doceńcie ten paintowy talent - polecam otworzyć go w dużej wersji.
Pss. Pozdrawiam Krzysia vel "chczesz pogadać na gg?" choć i tak tego nie przeczyta :D
Psss. Zanim napiszecie coś głupiego, spójrzcie na kategorie wpisu, bo później mi się nie będzie chciało usuwać.


Obiecałem w wakacje relacje z festiwali, więc spieszę z i tak już spóźnionym opisem Rafinerii. Dla niezorientowanych Rafineria to festiwal 'młodych kultur', czyli polskich zespołów, głównie sceny indie (trzeci dzień hip-hop), odbywający się w tym roku po raz pierwszy w Redzie w dniach 10-12 lipca.
Pierwsze co mnie zaskoczyło na miejscu, to wielkość przedwsięwzięcia - właściwie to tej wielkości brak - scena porównywalna do tej leśnej na Offie, skromne pole namiotowe nie oddzielone od placu koncertowego, na nim 20 namiotów na krzyż. W sumie to nawet i pozytyw, taka kameralność mi pasuje, odpadają problemy przedzierania się na koncertach przez zlepioną masę ludzi.
Rafineria trwała 3 dni, z czego ostatni dzień był hip-hopowy, i obchodził mnie tak jak ostatnia płyta Rolling Stones, więc zostałem tylko 2. W każdej szanującej się relacji festiwalowej tu powinien nastąpić sznurek nazw zespołów, które tam usłyszałem, i zaraz obok sznurek opinii o tym, co usłyszałem. Przykro mi (albo... nie, nie przykro mi), ale przyznać się muszę, że z 22 zespołów występujących na Rafinerii w całości słyszałem tylko 4 koncerty. Mieszkając w namiocie odległym od sceny jakieś 20 metrów takie dokonanie to nielada sztuka, doceńcie.
Tak też inauguracją Rafinerii był dla mnie koncert Rentona, po którym sporo się spodziewałem - bardzo dobre Take-Off, singlowy potencjał co drugiego kawałka na tej płycie przecież. Wyszło neutralnie - mogło być bardziej żywiołowo i energicznie, panowie na instrumentach trochę zbyt zachowawczo, takie wierne odtwarzanie płyty. Nie żebym się zawiódł, ale liczyłem na trochę więcej. Po Rentonie przyszedł czas na drugi koncert, moim skromnym zdaniem najlepszy na całym festiwalu - Cool Kids Of Death. Nagle ze wszystkich zakamarków terenu MOKSiR w Redzie wyłonili się ludzie, a pod sceną wreszcie tworzyło się coś, co można było nazwać tłumem. Kulki zagrały fantastyczny koncert utrzymany w klimacie nowej płyty, grali długo, nic nie robiąc sobie z ograniczeń czasowych - widać w tym było czystą chęć grania i zabawy. Za barierki wskakiwali ludzie, na scenę co jakiś czas wchodziły fanki CKOD aby uściskać członków zespołu - co dawało pole do popisu ochronie, co by mogła pokazać, że karki ma nie z powietrza, i porządny wpierdol spuścić potrafi.
Pierwszy dzień kończył występ George Dorn Screams, co było średnim pomysłem - po burzy jaką wywołali Cool Kids, pod sceną zostały już jednostki z resztkami sił. Sam opuściłem ten występ po kilku pierwszych kawałkach, grali wszystko z nowej płyty, czym dezorientowali publiczność czekającą na coś, co znają, hie hie.
Drugi dzień zdominował deszcz i Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach. Ci drudzy to moja stara miłość, czyli ta z tych nierdzewiejących - czekałem na nich niecierpliwie. Warto było - świetny koncert, przynajmniej dla tych, którzy znali teksty - czasami trzeba było śpiewać zamiast 'zmęczonego' Zagańskiego. No cóż, alkohol widocznie pomaga mu się wczuwać, bo doznawał na tej scenie bardziej od fanów. Pisałem tu już kiedyś, że Kombajn to świetny zespół? Pewnie nie, więc nadrabiam: KDZKPW to zajebisty zespół, ścisła czołówka polskiej muzyki. Osobista praca domowa odrobiona, jedziemy dalej.
Hah, rozpędziłem się z tym 'jedziemy dalej', bo dalej to już jest naprawdę niewiele. Ostatni koncert - Dick4Dick - co by tu napisać.. może i bym się dobrze bawił, gdyby nie rozdzierający mnie ból brzucha. No tak, zapomniałem, że na festiwalach też trzeba jeść. Co by nie mówić, dicki miały w swojej karierze lepsze koncerty. W tym miejscu wypadałoby pozdrowić ekipe psycho-fanów z Lęborka, do zobaczenia na Offie mam nadzieję.
No to czas na podsumowania chyba. Organizacyjnie impreza trochę kulała, nadgorliwa ochrona, problemy przy wydawaniu biletów, no ale w końcu to pierwsza edycja - trzeba uczyć się na błędach. Pogody oceniał nie będę, bo nikt na nią wpływu nie miał - ważne, że w namiocie się nie utopiłem. Czy było warto? Zdecydowanie tak.
Ps. Dziękuje za ten tydzień, uwielbiam mimo wszystko, i chciałbym, żeby ten podpunkt inaczej wyglądał. Ty wieeesz.
Wakacje, odpoczynku czas :> Muzykofilia też odsapnąć musi, tak też nawału notek przez najbliższy miesiąc - półtora się nie spodziewajcie. Być może ograniczę się tylko do relacji z miejsc, które zdołam w to lato odwiedzić. A będzie to na pewno Off Festival, na pewno koncert Sigur Rós, możliwe że Rafineria; na Openera chyba mnie nie stać albo nie mam z kim się zabrać. Era Nowe Horyzonty w tym roku wygląda już mniej ciekawie niż w tamtym. No nic, życzę Wam miłego koncertowego lata, może gdzieś tam się spotkamy - cytując samego siebie - ten najgłupszy to będę ja;)
Sopot Festival 2007
Wczoraj, w oczekiwaniu na Ghoticke, widziałem kawałek Sopot Festiwalu. Fajna sprawa, jeśli ktoś chciał się przekonać na własne uszy, jak to Polacy mają dokumantnie spieprzony gust. Zwycięski Feel uświadomił mi, że disco polo się rozwija, i tandetną elektronike zamienić można na tandetne gitary. I niech mi ktoś powie - co w takim towarzystwie robiła Sophie Elis-Bextor?

The Doors
Twórczość The Doors ni to mnie grzeje, ni ziębi. Lubię pierwszą płytę, ale później to już niebardzo. Morrison też mnie nigdy zbytnio nie fascynował, i może to to zadecydowało o tym, że film The Doors w reżyserii Olivera Stone'a mocno przemęczyłem. Film swoje lata już ma, pamięta rok '91. Val Kilmer w roli głównej, całkiem przyzwoicie zagrał, choć co do podobieństwa do oryginału się nie wypowiem. Początek był przerażająco nudny, w efekcie czego zabierałem się do oglądania aż trzy razy (przy dwóch podejściach usypiałem po kilku minutach) co chyba wystarczy za komentarz. Wątek indiański kretyński kompletnie, jednak trochę się to wszystko broni klimatem i obsadą. Po godzinie wreszcie zaczęło się coś dziać. Morrison przedstawiony jako kompletny pijak i ćpun, nic ciekawego - już chyba wiem na czym wzorowali się twórcy Skazanego na Bluesa. Sekwencje koncertowe zdecydowanie przydługawe, nudziły się szybko. W sumie to już bardziej opłacało się przeczytać całą biografię Jima, pewnie ciekawsza, a na pewno bliższa prawdy. Jednak jeden wątek świetny - przyjęcie u Andy Warhola, w tle muzyka The Velvet Underground i rola Nico, no świetne, choć i tak nie naprawi bardzo przeciętnego przyjęcia całego filmu.
To był coś fantastycznego, o tak. Jeśli szukasz pocieszenia, Ciebie tam nie było i liczysz, że napisze: nic nie straciłeś - uciekaj. Relacja może zachaczać często o wątki znane tylko autorowi i towarzyszom, więc bierzemy to w dwa wymiary: ja na festiwalu, bauns i zabawa oraz ja słuchający koncertów. Teraz na to patrzę, i wyszedł mi potężny kawał tekstu, który przypuszczalnie przeczyta osób tyle, że na palcach jednej ręki mógłbym wyliczyć, ale trudno.
Ponadto wyjaśniając na wstępie obecność słów Fuckingood, Kingdom itp.: Festiwal był tłem (czy odwrotnie) dla spotkania grupy Fuckingood Kingdom, czyli najfajniejszych, najładniejszych oraz najlepiej znających się na muzyce ludzi w caałym internecie. Jeśli spełniasz warunki, możesz starać się o przyjęcie do Królestwa, zapraszamy.
Skrobluj dziwko!!
Wymuszony rozkładem jazdy, wstałem o godzinie, o której zazwyczaj kładę się spać - 3:30. Czas rozpocząć podróż, po której chętnie zakrzyknąłbym iHATEtrains - 9 godzin w pociągu, w towarzystwie ludzi, którzy najprawdopodobniej wychowują dzieci bezstresowo, oraz nie mają pojęcia, że dla niektórych zapach i widok bułki z okropnym mięchem to nic sympatycznego. Trudno, swoje trzeba wycierpieć. W końcu stacja Mysłowice, podążam za tłumem ludzi, owczy pęd w strone Parku Słupna. Spotykam pierwszych towarzyszy, gra George Dorn Screams, chyba pierwszy debiutant. Sennie, spokojnie - pani wokalistka z grzywką godną młodego emo daje radę, skromnie nawiązując kontakt z publicznścią. Niestety, czasu starczyło tylko na dwa kawałki, udaliśmy się na pole namiotowe, w celu pozbycia się częsci bagażu.
Only music can save us
Tam też zapoznaliśmy się już z większością Fuckingood ekipy (najpiękniejsi bohaterowie: jacc, arek, konjo, konrad_vme oraz czik, dzięki któremu przegapiłem połowę Pink Freud;)). Prawie biegiem udaliśmy się na pierwszy koncert na dużej scenie - Blue Raincoat. To, że zdążyliśmy zawdzięczamy genialnemu skrótowi przez tory, który skracał drogę z pola do Słupnej gdzieś tak dwudziestokrotniekrotnie, brawa dla organizatorów. Cud, że nikt się tam nie zabił ;) Okazało się, że nie było wcale nam się tak śpieszyć. Blue Raincoat to jeden z największych rozczarowań line-upu, zagrali strasznie bezpłciowo i bez wyrazu. Kontakt wokalista - publiczność praktycznie nie istniał, równie dobrze można pooglądać koncertówki na kompie. Zagrali kilka nowych kawałków, które raczej nie zachwyciły. A szkoda, tegoroczne Everything Is a Piece of Something wyszło im całkiem dobrze (pomijając (nie)angielski wokalisty).
Punk Freud
Po Rejnkołtach od razu udaliśmy się pod scene leśną, gdzie wystąpić miał Pink Freud. Pan zapowiadający zespół przedstawił ich jako PUNK Freud, co trochę rozbawiło towarzystwo. Po chwili się zaczęło, bardzo efektownie, żeby nie powiedzieć efekciarsko. Duda na saksofonie, wystepujący nieostatni raz, dał popis. Mazolewski i reszta również - udanie, ostra jazzda. Później Lao Che, nie ma co opowiadać, że się podobało, bowiem to odejmuje 5 punktów od lansu ;) Fanów Dezertera, Manowara, Skrzatów (eloo) oraz ludzi w koszulce Cobaina zostawiliśmy pod sceną, sami udaliśmy się na piwo i jedzenie (bigos z nerką, nie skusiłem się, przez co później miałem trochę zołądkowe jazdy). Rozmowy o tym, czy nam dzisiejsze koncerty zeskrobluje do profili i tak dalej.
Ten bigos mówi!!
Tak nam zeszło kilka mało atrakcyjnych dla mnie koncertów. Pojawiliśmy się wreszcie na Ściance, która dała niezły pokaz. Zagrali z niezłym wykopem, eksperymentalnie i zawile. Niestety odbiór popsuła grupa ludzi, która przypuszczalnie rozkeciłaby pogo nawet przy Między Ciszą a Ciszą Turnaua. Widocznie nie zauważyli, że Dezerter zszedł ze sceny godzinę temu.
Poszedłem do jakiegoś budynku coś zjeść, czekając na zapiekankę, wpadł na mnie Artur Rojek wychodzący z kuchnii (WTF?!). Zaraz potem pojawił się mój gorący, spożywczy ratunek - tak więc, zawsze mogę przypuszczać, że zjadłem zapiekankę, którą robił dla mnie sam lider Myslovitz.
Drink My Kefir!
Prawdziwe piekło wywołali Dick4Dick. Nikt nie zrobił takiego show, taniec, szaleńczy bauns i striptiz. Fantastyczny spektakl, punkowy i ostry. Pod koniec taniec na rurze pod dachem sceny, absolutne szaleństwo członków (dicków) zespołu. Widać, że bawli się jak nikt wcześniej i później. Następnie wszystko trochę się zjebało, zaczęło padać. Ja byłem już kompletnie zniszczony, minęło 20 godzin od których jestem na nogach. Schowałem się pod sceną machiny, jedyną zadaszoną. Grał Phillipe Petit Dj set, a ja położyłem się na podłodze i prawie spałem. Muzyka strasznie psychodeliczna, trochę kakofoniczna, dobrze mi się przy tym leżało, ale w innych warunkach nie do przyjęcia ;)
And I'm... Justin Timberlake
Wróciłem do życia pod koniec Piano Magic. Instrumetnalnie pojechali ostro, aczkolwiek podkłady monotonne i z czasem nużące. Fakt, fanem nigdy nie byłem, więc niczego szczególnego nie zarejestrowałem. Pan frontman za to miał świetny kontakt z publicznością i poczucie humoru.
Na sam koniec gwiazda pierwszego dnia - Architecture In Helsinki. Mimo, że ledwo tam pod sceną kontaktowałem i stałem na nogach - świetna zabawa. Jedyna Pani w składzie rozwalała wszystkich swoją energią i przeuroczym głosem. Wszyscy biegali po scenie, wymieniając się instrumentami - bawli się lepiej niż większość przemoczonej i zmulonej publiczności. Było dużo z nowej płyty i ogólnie przekazywali tony ciepła w moją stronę.
TERROOOOOOOOOORRR!!!!
Podróż na pole, jeb do pustego namiotu. Taki urok wyjazdów. Namiot wygodny niczym PKS z podwójną ilością ludzi, nie mieliśmy nic do przykrycia, żadnego śpiworu ani innych luksusów. Dodatkowo budził mnie każdy przejeżdzający pociąg, czyli praktycznie w ogóle nie spałem. Ale to nic, bo właśnie zaczynał się drugi dzień festiwalu, absolutnie czarujący.
Oto nadciągają kumulusy, chyba rozumiesz co to znaczy...
Poranne rozmowy leżąc plackiem na materacu. Mysłowice, które wyglądały na miasto całkowicie wymarłe, prawie nikogo na ulicach oprócz festiwalowiczów. Liczenie kościołów, których jest SIEDEM. Stwierdziliśmy, że najprawdopodbniej wszyscy siedzą w kościołach jednak, skoro nie widać na ulicach. Bardzo ciekawy sam poszedłem na koncert Hatifnats. Jeden z najlepiej obiecujących się polskich zespołów. To był ich 6 koncert w karierze, i niestety - zdecydowanie było to widać. Charyzma zespołu na poziomie betoniarki (niepodłączonej do prądu), wokal choć źródłem mężczyzna - całkiem kobiecy. Nie podołali, choć słuchając wcześniej grali całkiem ładnie. Powrót na pole namiotowe.
Czeeeść, żałuj, że Ciebie nie ma - właśnie gra Modest Mouse
Wzięliśmy najnowszą płytkę Modest Mouse i poszliśmy do ogródka piwnego - włączyli. To był pierwszy koncert Modest Mouse w Polsce. Śpiewaliśmy, krzyczeliśmy, głośno gadaliśmy o geniuszu Brocka - ludzie jakoś się tak dziwnie na nas patrzeli. Ile musiałem przejechać kilometrów, żeby spotkać się z ludźmi, którzy kochają ten band tak samo jak ja. Kolektywnie, w czwórkę doznawaliśmy, przypominając sobie tekst Bankrupt On Selling i tym podobne historie. Absolutnie fantastyczne zjawisko, obiecaliśmy sobie powtórzyć w nocy i w przyszłości. W efekcie upici udaliśmy się na koncerty, pierwszy Tymon.
...SZATAAAAAN, SZAAAATAAN, OŁ JEEEEE
Z krzykiem, śpiewając Szatana Kur podeszliśmy pod samą scene. Wspólnie wykrzeczyliśmy jeszcze raz ten tekst, gdy pojawił się Tymon: zauważył nas, pokazał nam znak Sejtena i oznajmił: Spokojnie, piosenki Kur też będą. Najpierw grali piosenki z nowej płyty, co dla mnie raczej obojętne. Ale w końcu poszła Jesienna Deprecha i Szatan, ekstaza totalna. Gardło zdarte na maksa, wspaniała zabawa. Ciężko mi zachować obiektywność w tym wszystkim, bo PO PROSTU, mówiąc kolokwialnie - byłem najebany, nie bierzcie sobie do serca.
Bassisters Orchestra jest numer jeden
Bassister Orchestra. Skład nieziemski: Moretti, Mazolewski, Bunio, emade i oczywiście Fisz. Kompletnie odjechali, jazz i hip hop połączone złotą nitką. Podkłady z płyty BO, teksty Fisza. O ile studyjne Numer jeden mi się nie spodobało, to na żywo dali popis. Lepiej niż Pink Freud.
Scena leśna i koncert Cool Kids Of Death. Na początek grali nowe kawałki, z czasem się rozkręcając. Druga połowa koncertu - pierwsza płyta. Ogólnie łatwo było zauważyć, że lepsze wrażenia dawały koncerty na scenie leśnej, tej mniejszej. Lepszy kontakt z publicznością, mniej ludzi i mały dystans do sceny. Wracając do CKOD - stanąłem przy dwóch fankach, które wydawały z siebie dzwięki i tony, o których pojęcia nie miałem. Darły się niewyobrażalnie, te głośniki dawały mniej. Nieźle to nas nakręciło, i szaleliśmy ogromnie. Energia, mamy Butelki z Benzyną i Kamienie - aż ludzie na boki się odsuwali. Nie rozumiem, jak można przy tej muzyce po prostu STAĆ i się nie ruszać. Nie da rady.
Więc nie bój się deszczu, bo ja jestem deszczem...
...śpiewaliśmy, choć nie padało i wcale nic na to nie wskazywało. Pogodno dało świetny koncert, przynajmniej z perspektywy osób trochę pijanych. Pan frontman wykazał się świetnym dystansem do samego siebie (-ej no tak dobrze się bawicie? rzućcie chociaż kamieniem czy coś... - spierdalaaaaj! -o, już lepiej) i sprośnym humorem (a ja jestem Sinead O'Connor, to nieprawda, że jestem łysa, ale nie pokaże wam cipki). Co mi się bardzo podobało w ich występie to to, że nie promowali na siłe nowej płyty, nie zagrali z niej chyba nic, tylko dali ładny przekrój przez największe przeboje. Wyciągneli z publiki co tylko było do wyciągnięcia.
Po ogarnięciu się, powrót na Nosowską. Oczekiwałem wiele, i chyba się przeliczyłem. W sumie to show nie mógł z tego wyjść, dużo nowej płyty - wydawało się, że nikt nie zna, bo gdy poleciał jakiś stary utwór to nagle wszyscy się ożywili i zaczęli śpiewać. Jak dla mnie trochę zawód, bo byłem w zupełnym innym klimacie w tamtym momencie.
ILOVETRAINS, czyli: Z czego się cieszysz, i tak nie byłeś na najlepszym koncercie.
Tak, czas na to, na co czekałem najbardziej: iLiKETRAiNS. I to co przeżyłem pod sceną leśną, ciężko ująć w jakąkolwiek ramkę, naznaczyć prostymi słowami. Zespół z Anglii dał taki kosmiczny popis, że prawie padłem tam na ziemie zgnieciony tymi fantastycznymi gitarami, ścianami dźwięku. Wydawałem się przy tej muzyce taaki mały, powaliło mnie (i nie tylko mnie) totalnie na kolana. Grali nowe i stare numery, o dziwo nowe podobały mi się bardziej, ta ich debiutancka płyta musi wymieść, nie ma dicka. Dodatkowo fantastyczne wizualizacje w tle, drzewo z pętlami dla samobójców na każdej galęzi, próbujacy się ratować topielec. Ekspresja chłopaków, ubranych jednakowo w koszule z krawatami i czarnymi opskami na ramieniu przeogromna. W pewnym momencie zaczęli skakać po całej scenie, wić się z gitarami... szczęka mi opadła. Złapałem się za głowę, spojrzałem w bok - Arek zrobił to samo, konjo w innym świecie. Odpłynąłem. Kolejny koncert, Electrelane sobie odpuściłem, chciałem ten festiwal zakończyć właśnie tym występem. Wychodziliśmy z terenu Parku z rozdziabionymi gębami.
TERRRRRROOOOR!!!! ZAJĄĄĄĄĄĄĄĄĄC!!!
Kupiliśmy picie, i uroczyście zakończyliśmy festiwal przy ogródku piwnym. Okazało się, że prąd uciekł i słuchanie Modest Mouse nie wypali. Co robić, w końcu sami daliśmy koncert. W naszym repertuarze znajdowali się miedzy innymi: Kury, Pogodno, MM, Radiohead czy nawet Joy Division. Niesamowite, nie do zapomnienia. Krzyki na polu namiotowym: TERRRROOOR!!, inni odpowiadający tym samym lub zającem. Atmosfera niesamowita, w końcu pojawił się prąd i słuchaliśmy Pink Floydów. Tak to się powoli kończyło... rano droga na dworzec, pożegnalny terror i powrót do domu. Festiwal się zakończył, pozostały piękne wspomnienia. I jaram się, jak nastolatek będący pierwszy raz na koncercie, ale nie mogę inaczej. Bo było pięknie.

Ledwie odpocząłem po poprzednim odpoczynku, a już wybywam na kolejny. Poprzednie dni, trochę wyrwane z kalendarza sponsoruje Football Manager i resztki pasji z dzieciństwa. Mysłowice i Off Festival czeka, tak więc wracam (mam nadzieje) na początku przyszłego tygodnia, już po tonie koncertów i zabawy za sobą. Jeśli ktoś się wybiera, i chce mi postawić piwo na Off'ie, to niech pisze - będę dostępny jeszcze do jutrzejszego wieczoru ;) elo.
Jako, że do Off Festivalu został już niecały tydzień, a ja wybiore się do Mysłowic niechybnie, zacząłem przyswajać reszte z tego, czego z plakatu nie znam. Tak też perspektyw na inną muzykę niż przyszłą-mysłowicką nie ma - dlatego stworze mini przewodnik po zespołach, które na Offie się pojawią. Niezobowiązujaco, w luźnej formule i bez wyznaczonego szablonu, zaczynając:

iLiKETRAiNS
Z początku: fajna nazwa; teraz przeobraziło się chyba w główny muzyczny cel mojej podróży. Słucham w kółko (podobno) EPki Progress - Reform, która ze spokojem mogłaby robić za długogrający debiut. Tak długością, jak i tym bardziej jakością odpowiada ogólnie przyjętym normom, normom Unii Europejskiej i tak dalej. Post rockowy shoegaze z trupim, grobowym wręcz wokalem - mniam, niczym ghotujące się ziemniaki. Głos Dave'a Martina do złudzenia przypomina mi wokal z tego doom-metalowego (? whatever) Moonseplla. Na początku dziwnie to wszystko wygląda, z czasem poraża wyrafinowaniem i wykopem. Na żywo musi brzmieć niesamowicie, więc zacieram ręce z uśmiechem na ustach. Ha!
www | myspace | youtube

Architecture in Helsinki
To za to zupełne przeciwieństwo wcześniej opisywanego zespołu, szał, kolory i popowy bałns. Nie ma co się dużo rozpisywać na temat tej ekipy, zainteresowanych odsyłam do mojej recenzji, gdzie co ważniejsze - zostało napisane. Ogólnie ciesze się, bo grany pewnie będzie materiał z najnowszej płyty, a tą znam najlepiej, i ma moc. Osiem osób na scenie musi dawać radę, nie ma szans.

Dick4Dick
No to czas na coś polskiego. Pod tą bezpruderyjną nazwą kryje się czwórka równie bezpruderyjnych chłopców (phi), którym jak widać na KAŻDYM kroku wszystko kojarzy się z jednym. LPRowi i bojownikom Młodzieży Wszechpolskiej już zostawmy, dlaczego akurat temu, męskiemu organowi oddają tyle uwagi i zainteresowania (a nie tak jak bóg przykazał...). No więc wulgarność, pornografia i parodia gości w każdym utworze tej gdańskiej formacji. Zostawiając już w spokoju podłużną treść, zajmijmy się formą ich muzyki. Jest to dance'owa elektronika, często zachaczająca o coś w stylu Kraftwerka i temu podobnych. Widoczna jest zabawa stylami i znamymi motywami - można bawić się w zgadywanie na czym wzorowany był dany utwór. Jeśli nie jesteś wrażliwy na punkcie swojego penisa, tudzież nie masz kompleksów z nim zwiazanych - przy tej muzyce można wspaniale się bawić. Enjoy.
www | myspace