Nie wiem co jest, ale raz po raz widzę w różnych miejscach mocne podjary na Bon Iver, doszło do tego, że nawet w telewizji chwalili tę płytę! I tak sobie myśle o co biega, że nagle taki wszechobecny hajp... więc zapobiegawczo przypominam, że ona nie jest nowa, a pisałem o niej już niemal rok temu. Odsyłam wspominkowo, kto pamięta, warto odświeżyć bo całkiem śliczna jest:
Bardzo ciekawe radio internetowe, które można ustawiać w hmm.. nietypowy sposób? No nie wiem, sami sprawdźcie, na pewno godne uwagi i przetestowania jako alternatywa dla last.fm i Pandory. Musicovery.
W Drodze
Słaby podkład, wejście od 30 sekundy aż niezdrowo wiejące tandetą, dalej nie lepiej + jakieś pojedyńcze przeciągnięcia gitarą, brzydko mówiąc z dupy - bez żadnego uzasadnienia.
Stracone Dzieciaki
Bardziej pesymistyczna wersja Dzieciństwa z 27 Eldo, niestety słabsza na każdej płaszyczyźnie, plus nieszczęsne wersy typu 'dziś dorastamy, pokolenie pontyfikatu'. No nie wiem, ja na pewno pod tą manifestacją pokolenia (JP2?) bym się nie podpisał. W tle bit podobny do tego z openera, z tym, że przeszywa go jęczący, kobiecy prawiewokal. Irytujący.
Krótkie spojrzenie, 9 grudnia '99. Człowiek na przeciwko w otwartym oknie gapi się na okno, przez które ja gapie sie na tego faceta. Ubranego w pidżame. Pidżame w jasno niebieskie paski. Ubranego w siwe włosy, ubranego w czas wolno płynący, ubranego w ciszę piętnastej jedenaście.
Dwudziesty czwarty maja dwa tysiace, konkret, gdzies o osiemnastej trzydziesci miasto moje umiera, widac jedynie łapy psa wystajace zza okna i kobiece fartuchy stojace w kuchni.
Oni jada do roboty. Ciemne słońca zasłaniają ich powieki nad zmęczonymi dłońmi. Niewyraźnie trzymany papieros w gębie schował swój uśmiech w bezbarny swit. On - to siatka porośnięta kobiecą trawą. Spodnie, kraciasta koszula na krzyżu. Buty wysmarowane greckim olejem i cichy szelest godziny piątej minut czterdzieści cztery.
I cichy szelest godziny piątej minut czterdzieści cztery.
Elliott Smith - New Moon
24 utwory powstałe w latach '95 - '97, dotąd nigdzie nie publikowane. Nie ma sensu dalej cackać się z mitem Smitha, popatrzmy na sprawę racjonalnie. Nic nadzwyczajnego, trochę za duża rozpiętość materiału, przez co ciężko przebrnąć przez płytę na początku. Można było poucinać co nudniejsze, dać na jednym nośniku. Choć jak na kogoś, kto od czterech lat leży w grobie - całkiem niezły album. (bzydki kamil!)
Lynx and Ram - The System's On And It's Flashing Red
Trafiłem przypadkiem, chyba tylko przyciągnięty ładną okładką i nienajgorszą oceną w pewnym serwisie. Zdziwko, bardzo ciekawe! Jest to duet Carli Vierke i Juliana Fane'a, ona śpiewa (hmmm... krzyczy) - on jej przygrywa (hmm... puszcza bit... miksuje?). Głośna, krzykliwa, noise'owa muzyka - coś co można chyba określić ciągiem słów trash-punk-electro-freakout. Fajna sprawa na dobudzenie, szczególnie pani operuje ciekawym głosem. Powinno się wyjątkowo spodobać emo-stworom (chociaż polecam każdemu, kto lubi electropunk).
Myspace.
Na Marginesie, czyli to, co przeleciało swego czasu przez moje uszy, ale jakoś nie było okazji/weny do udokumentowania tego faktu na blogu ;)
Arctic Monkeys - Favourite Worst Nightmare
Jakoś tak się nawinęło dzisiaj na odtwarzacz, choć płytę mam już od premiery. Przemilczałem ją cierpliwie, bo zawsze mogłem rozpętać tu burze jak tą z Linkin Parkiem ;) Szczerze mówiąc, teraz nie odrzuciło mnie tak jak 2 (?) miesiące temu, choć i tak nie wytrzymałem do końca albumu. Singiel fatalny, a to ich granie zaczęło się robić nużące gdzieś w okolicach piątego utworu. I to coś niektórzy śmią porównywać do Beatlesów, parodia. Teddy Picker jak dla mnie jedynie się broni, jako płyta - do kosza.
Harmonium - Si on avait besoin d'une cinquième saison
Harmonium to skok w zupełnie inne rejony, tak stylistyczne jak i czasowe. Album ten powstawał w złotym okresie progresywnego rocka, w czasach Floydów i Kinga Crimsona, tyle, że po drugiej stronie kanału La Manche. Francuski progres Harmonium to muzyka, która pachnie kwiatami. Niesie ze sobą wizje łąki, sielanki - piękny, progresywny folk. Polecam, jeśli gdzieś złapiecie ten album.
VA - Warszawa. Tribute to Joy Division.
No, i w końcu znalazłem. Jak to na składankach bywa - ogromnie nierówno. Dużo by tu było pisania - kto jak się spisał, więc będę oszczędzał w słowach. To nie mogło wyjść dobrze i nie wyszło. Joy Division to tak skrajnie charakterystyczny zespół, że wszelkie reinterpretacje ich utworów zazwyczaj kończą się kompletną klapą. Na wyróżnienie jednak zdecydowanie zasługują chociażby Pustki, które odważyły się zaśpiewać po polsku - do tego pani na wokalu ma głos, którego nie można nie polubić. Drugie wyróżnienie - Jolanta Kossakowska - New Dawn Fades w wersji smyczkowej - miód! Niestety wokal pozostawia wiele do życzenia, ale za te skrzypce... Reszta albo średnio, albo słabo.