
Chyba się starzeję i na piłce coraz mniej znam, bo z 6 pierwszych meczów Euro, trafiłem wynik tylko potyczki Portugalii z Turcją. Otwarcie turnieju już nic dobrego nie zwiastowało - Szwajcaria (mój pewny typ na wyjście z grupy, do czasu) pechowo wtopiła ze słabymi Czechami, i na dodatek straciła najlepszego snajpera - Freia, który schodząc z boiska się rozpłakał (ej no, kogoś to nie wzruszyło? :>).
Muzykofilia startuje w konkursie na Blog Roku 2007. Zgłosiłem się, ponieważ kilka osób twierdziło, że zasługuję - jak to wyjdzie w praktyce - zobaczymy. Co jakiś czas zgłaszają się do mnie ludzie, którzy dziękują mi za wykonywaną pracę (choć to raczej przyjemność) - teraz dostajecie możliwość podziękowania mi w inny sposób ;) Jeśli uważasz, że zasługuję na przejście do finału, i masz na komórcę zbędną złotówkę, to:
Koszt to 1zł + 22% vat, pieniądze idą na cele charytatywne, więc się nie martwicie, że finansujecie burżujski onet ;) A, i możecie wygrać iPoda Nano. Głosować można raz, wiem wiem, że najchętniej stracilibyście na mnie całą kartę, ale takiej możliwości Wam nie dano ;). Wysyłać smsy można do 29 stycznia. Co ciekawe, już za 6 dni Muzykofilia obchodzi pierwszą rocznicę powstania, recenzja numer 100 zbliża się wielkimi krokami, więc gdyby jeszcze udało coś się zdziałać na tym konkursie, wszystko wspaniale by się zazębiło. Dziękuje z góry za wszystkie smsy!

Dexter to najsympatyczniejszy seryjny morderca w historii telewizji. Był wyrafinowany Hanibal Lecter, był opętany John Doe, był przerażający Jigsaw. Teraz nadszedł czas na miłego Dextera Morgana, któremu miliony widzów na całym świecie kibicują bardziej z każdym kolejnym morderstwem. Sam kilkakrotnie złapałem się na nakrzykiwaniu w myślach 'no dalej, zabij go! tnij po tętnicach!'.
Dzisiaj nie o muzyce. Jak tak dalej pójdzie, to bez problemu będzie można tego bloga przemianować na ogólno kulturalnego, choć paradoksalnie cham jestem i nie przymierzając, oper nie nawiedzam.
Przypadkiem wpadł mi w ręce kilka dni temu filmowy debiut Pasikowskiego. Krolla oglądnąłem z nieskrywaną przyjemnością, i nagle niepozorny seans filmowy przerodził się w maraton filmów łódzkiego reżysera. Polskie kino akcji - brzmi niedorzecznie, a jednak, kiedyś naprawdę istniało. Minęło blisko dziesięć lat, od kiedy, mimo, że niewiele z tego rozumiejący, zachwycony byłem Demonami Wojny wg Goi. Teraz, już doceniający trochę inne rzeczy niż nasilenie kurw na zdanie i ilość wystrzałów w ujęciu, nadal patrzę na ten obraz z iskrą w oku, a to z sentymentu do lat dziewięćdziesiątych, a to dzięki faktycznym atutom tych obrazów.
Bo prawda jest taka, że takie Psy są po prostu definicją kultowości. Wyobraź sobie, że oglądasz film po raz pierwszy, a znasz z niego 80% dialogów. Czy to z własnego podwórka, z nawiązań innych filmów, czy nawet z nowej płyty Pezeta ('Gdyby Miało Nie Być Jutra' - Na pohybel wszystkim, to jest ładny toast). Żaden inny polski film nie wtopił się tak w naszą popkulturę jak właśnie Psy. Paradoksalnie, bo nie jest to film ani ładny, ani przyjemny - brud i brutalność, koniec etosu Solidarności i szukanie miejsca w nowo-starej Polsce. Pasikowski osiągnął tu szczyt formy, kręcąc dramat z elementami filmu akcji, obrazujący stan narodu w świeżych, postkomunistycznych czasach.
Psy 2, choć na pierwszy rzut oka przypomina klasą poprzednika, przy bliższym zetknięciu wychodzą jego braki w scenariuszu, niedociągnięcia, lub po prostu słabość w niektórych wątkach (serbska kochanka Franza - sztywna, nierealna, brzydka). Stają się przede wszystkim filmem sensacyjnym, dramat zostaje gdzieś w tyle.
Największy atut Pasikowskiego - dialogi - jednak nadal niezapomniane. Koniecznie oglądnijcie to, normalnie mistrzostwo (co ciekawe, postać więźnia jest oparta na autentycznych wydarzeniach) w rozśmieszaniu ludzi rzeczami raczej smutnymi.
Dalej - aktorstwo. Płakać się chce, jak widzę jakiego dziś z siebie pajaca robi Pazura, albo śmiesznego gościa Linda (w jakimś sitcomie występuje). A kiedyś to strasznie zajebiści goście byli.
Charakterystyczne smaczki dodawały uroku jego filmom, tak jak na przykład intrygująca, wszędobylska trąbka Michała Lorenca (dla którego właśnie Psy były gruntem do wybicia się w światku muzyki filmowej). Każdy film rozpoczynał się czerwonymi napisami, w czterech pierwszych filmach pojawia się imię Andżela itd.
Trochę zabawnie od puli filmów Pasikowskiego odstaje Słodko Gorzki, w którym brak strzelanin i policji. Tym razem Władek postanawia na polskie warunki przenieść popularny w USA model filmu młodzieżowego. Osadzony w realiach liceum końca lat dziewięćdziesiątych trochę zawiewa kiczem, lecz ma swój olbrzymi urok. Ukłon w stronę wszystkich, którzy do ogólniaka uczęszczali właśnie w tym okresie, ukłon w stronę pierwszych miłości (dedykacja na końcu), może wywołać wspomnienia i miłe emocje, szczególnie teraz, po tych dziesięciu latach.
Dalej były wspomniane wcześniej Demony wojny wg Goi, a później nagłe obniżenie formy. Nie trudno zauważyć, że epoka Pasikowskiego skończyła się z XX wiekiem, gdy popkultura amerykańska została już mocno zaszczepiona polskiemu społeczeństwu. Prawda jest taka, że właśnie Pasikowski rozpoczął ten proces w polskim kinie, i był właściwie jedynym dobrym polskim naśladowcą efektownego kina Hollywood.
Mój dom stoi na plażach Kalifornii
Najnowsze ferrari ma czerwony lakier
Kobiety są łatwe, mężczyźni potworni
Na brzegu basenu ktoś sprejem - "Star-fucker"
Dziś z Akademii dostaje Oscara
Jutro mam proces o niechcianą ciąże
Wiosną robimy "Juliusza Cezara"
Kontrakt ze studiem za gardło mnie wiąże
Tu białą ścieżką westchnął, co ośmiela
I podniósł ze stołu colt 45-tke,
Niedawno, lat osiem, odeszła Andżela
I z głowy, i mózgu na ściane pamiątke
Mam trochę kasy, i postanowiłem zainwestować w słuchawki. Jako, że specjalnie się na tym nie znam, a wiem, że kilka osób tego bloga czyta - co doradzilibyście?
Koss Porta Pro czy Sennheiser HD 202?
Zależy mi na dobrym, rockowym brzmieniu, i żeby mi bass nie dudnił zbytnio. Kossy wyglądają ładniej, i ewentualnie ruszyć się z nimi poza dom by było łatwiej, ale o wspaniałości Sennheiserów trochę się nasłuchałem. Więc?

Dzisiaj oglądałem jeden z najfajniejszych filmów, tak po prostu najfajniejszych. Lubię te klimaty w stylu surrealizm powlekany najnormalniejszą normalnością, poza tym całe wykonanie filmu, kartonowe serca i tak dalej - fantastyczne. I myślę sobie, że nazywanie Science des rêves komedią romantyczną powinno być karane, bo to strasznie smutny film bez happy-endu. Z serii tych o miłości i marzeniach, które i tak się nie spełniają. Razem z Samotari, dokonał aktu bolesnego kopnięcia mojego umysłu, przez co tą najbardziej szarą jesień mam już w połowie września.
Poza tym odkryłem, że czytanie filmów jest prawie równie ciekawe co ich oglądanie. Szczególnie Samotari lubię czytać, bo ma świetne dialogi, polecam:
Rozstanie?
Za każdym razem, gdy się z kimś rozstajesz, zostawiasz u tego kogoś kawałek swojej duszy.
A ten ból...to jest brak tego kawałka. Boli, bo jest u kogoś innego. Ten kawałek kiedyś wróci, ale to trwa długo.
Czasem widzę te kawałki na różnych ludziach, jako takie małe niebieskie światełka.
Kawałki dusz ludzi, którzy Cię kiedyś kochali i już nie kochają. Mogą to też być nadzieje, które pokładali w tobie twoi rodzice. To jest taki drugi rodzaj.
Wszyscy mamy na sobie takie światełka. Naprawdę. Japończycy już nawet umieją to mierzyć.
-Japończycy, tak?
-Japończycy już to mierzą.
-Może ja poprowadzę?
-Czemu? Ze mną wszystko ok.
No, raz na jakiś czas musi być blogowo, co nie.
Sopot Festival 2007
Wczoraj, w oczekiwaniu na Ghoticke, widziałem kawałek Sopot Festiwalu. Fajna sprawa, jeśli ktoś chciał się przekonać na własne uszy, jak to Polacy mają dokumantnie spieprzony gust. Zwycięski Feel uświadomił mi, że disco polo się rozwija, i tandetną elektronike zamienić można na tandetne gitary. I niech mi ktoś powie - co w takim towarzystwie robiła Sophie Elis-Bextor?

The Doors
Twórczość The Doors ni to mnie grzeje, ni ziębi. Lubię pierwszą płytę, ale później to już niebardzo. Morrison też mnie nigdy zbytnio nie fascynował, i może to to zadecydowało o tym, że film The Doors w reżyserii Olivera Stone'a mocno przemęczyłem. Film swoje lata już ma, pamięta rok '91. Val Kilmer w roli głównej, całkiem przyzwoicie zagrał, choć co do podobieństwa do oryginału się nie wypowiem. Początek był przerażająco nudny, w efekcie czego zabierałem się do oglądania aż trzy razy (przy dwóch podejściach usypiałem po kilku minutach) co chyba wystarczy za komentarz. Wątek indiański kretyński kompletnie, jednak trochę się to wszystko broni klimatem i obsadą. Po godzinie wreszcie zaczęło się coś dziać. Morrison przedstawiony jako kompletny pijak i ćpun, nic ciekawego - już chyba wiem na czym wzorowali się twórcy Skazanego na Bluesa. Sekwencje koncertowe zdecydowanie przydługawe, nudziły się szybko. W sumie to już bardziej opłacało się przeczytać całą biografię Jima, pewnie ciekawsza, a na pewno bliższa prawdy. Jednak jeden wątek świetny - przyjęcie u Andy Warhola, w tle muzyka The Velvet Underground i rola Nico, no świetne, choć i tak nie naprawi bardzo przeciętnego przyjęcia całego filmu.

Z początku miałem nie brać w tym udziału, jednak o Blog Day usłyszałem dziś nawet w radio, więc jednak to poważniejsza sprawa - jeśli tak... Chociaż, o ile mnie pamięć nie myli, to rok temu robiłem coś podobnego, może się powtarzać. Zasady proste, pięć ciekawych blogów, poza tymi, którzy poruszają tematykę mojego.
Kominek
To jest pewien fenomen w polskim internecie, mało kto o nim mówi, nikt nie sponsoruje, nie zajmuje się IT, a jest najpopularniejszym blogiem w naszej części internetu. Czasem kontrowersyjny, często zabawny, niestety coraz częściej przewidywalny i schematyczny. Szczególnie polecam starsze notki.
Masz Problem?
Blog z zabawnymi cytatami z najróżniejszych forów. Zdarzają się notki przezabawne, jak i takie, które zmuszają nas do przemyśleń nad głupotą ludzką.
rysunki.bardzofajny.net
Blog z bardzo minimalistycznymi, często jedno obrazkowymi paskami komiksowymi. Trafnie i zabawnie, dla przykładu.
Chlip-Hop
Blog, trochę poetycki, trochę zwyczajny, oparty na formie korespondencji między Andrzejem Poniedzielskim i Magdą Umer. Specyficzny klimat, bardzo przyjazny. Szczególnie polecam część Poniedzielskiego, zawsze lubiłem tego gościa.
Maz
Czyli mój ziomal z joggera ;) Naprawdę świetne teksty, bez żadnych naczelnych tematów. Zbuntowany artysta. No, i nawet wybaczymy mu, że kibicuje Wiśle.

Pochłonięty jeszcze resztkami nowohoryzontowego klimatu, wykorzystam go do opisania kulminacyjnego punktu mojej wyprawy - seansu Control. Choć nie znam się na kinie na tyle, żebym sam w swoich oczach wydawał się na tyle kompetentny, by recenzować film, to zrobie to mimo to - odnajduję się w muzyce Joy Division i tekstach Curtisa. Znam jego życie, próbuje zbliżyć się do jego postaci. Czytam Dom Lalek, książkę, z której wziął nazwę dla zespołu. Fartownie zdobyłem chyba jedyny egzemplarz jaki był w internecie, wstrząsająca. Jeśli prawdą jest, że miał zdolność do niesamowitej empatii, to nie dziwie się, że takie wrażenie na nim zrobiła.
Wracając do filmu - pierwsze wrażenia: czarno-biały, kapitalne ujęcia Manchesteru, dobrze uchwycona jego szarość, beznadziejność. Wszędzie ten podły kryzys. Sam Riley jako Ian - nawet podobny, niestety aktora z oczami podobnie umieszczonymi jak miał Curtis w całym wszechświecie nie znajdziecie.
Filmowy Curtis, tak jak prawdziwy odpowiednik jest skryty. Reżyser nie otwiera nam umysłu Iana, daje tylko wskazówki, co mogło się w nim dziać. Dystans został zachowany, widać wyraźną przepaść między nim a resztą zespołu. Tak jak był dla nich zagadką, jest dla nas - widzów. Co mogło się niektórym nie spodobać, rola innych członków Joy Division została mocno zbagatelizowana - wszystko kręci się wokół lidera.
Bardzo udane humorystyczne akcenty filmu. Świetnie oddana została charakterystyka brytyjskiej sceny tamtego okresu - np. po napadzie epilepsji, kolega z zespołu pociesza Iana: "Zawsze mogło być gorzej. Mogłeś zostać wokalistą The Fall." ;) czy Wilson podpisujący kontrakt własną krwią - zabawne, kapitalne sceny.
Największe wrażenie zrobiły na mnie fragmenty koncertów - nie ma muzyki puszczanej z taśmy, wszystko grają aktorzy, tak jak Riley śpiewa. O dziwo, radzą sobie bardzo dobrze, z odpowiednią energią i haryzmą. Riley widać, że przyłożył się do studiowania ruchów scenicznych Curtisa, wychodzi mu to całkiem zgrabnie (przewrotne określenie, tańcowi Iana daleko było do... zgrabności ;)) - jednak obłędu w oczach brakowało zdecydowanie. Co ciekawe, jeden występ Joy Division - ten - został dokładnie przeniesiony jeszcze raz na ekran, z takimi samymi ujęciami, gestami. Zdziwiłem się, bo wcześniej oglądałem ten występ dziesiątki razy - wspaniałe pole do porównań.
Co mogło się nie spodobać - to to, że głównym szkieletem fabularnym, na którym został oparty film był wątek miłosny. Relacje między artystą a kobietami - żoną i kochanką zostały mocno zakreślone, wypchnięte na pierwszy plan. Przez to, ci, którzy pójdą na film z marszu - nie znając prawdziwego Curtisa, mogą pomyśleć, że głównym motywem jego samobójstwa były właśnie kobiety.
Podsumowująć - spłycenie postaci Curtisa jest widoczne, i jest nie w porządku. Jednak na dłuższą metę było to nieuniknione, to film jednak bądź co bądź masowy, i takie uproszenia pewnie były konieczne. Przy tym cała biografia nie miała prawa zmieścić się w dwie godziny, przez co kilka ciekawych wątków uleciało. Całość jednak składa się na bardzo dobry film - dla fanów Joy Division takich jak ja to będzie coś wyjątkowego, przy koncertowych sekwencjach dosłownie przechodziły mi ciary po całym ciele. Dla pozostałych będzie to po prostu ciekawy film, o ciekawym człowieku. Nawet gdybył miał się tłuc do Wrocławia te pięć godzin tylko na ten seans, zrobiłbym to. Warto.
Ja tu tylko chwilowo, przerwa w nadawaniu nadal aktualna, jeszcze przez jakiś czas. Notka bardziej informacyjna, czy mająca raczej na celu pochwalenie się ;> Bardzo możliwe, że w najbliższych dniach Muzykofilia przybierze nowy wygląd, choć jeszcze nie wszystko przesądzone. Nowy design oceni kilka osób i zobaczymy czy zostanie.
Wczoraj miałem urodziny, możecie składać spóźnione życzenia ;) Jutro jadę do Wrocławia, na sam finał festiwalu ery Nowe Horyzonty. Główny cel to seans Control, na który czekam już kaaawał czasu. Sprawdzimy jak radzi sobie filmowy odpowiednik Curtisa, i czy czasem mi tam nie profanują legendy. Jeżeli będziecie przypadkiem niedziele rano w kinie Capitol, to ten najgłupszy w koszulce Joy Division to będę ja.
Poza tym załapie się na:
No to cześć blog.
Rząd się rozpada, Rydzyk pluje, Kaczyński mówi, że deszcz pada. Koniec jest bliski, aż uśmiech sam się na twarzy maluje! Więc dziś luźno i mało muzycznie, z dwóch powodów. Pierwszy z nich, to nominowanie mnie przez Lanooz do zabawy blogowej, która polega na wyspowiadaniu się ze swoich pięciu nałogów. Sex, drugs & rock'n'roll...
Donnie Darko
Film... dla mnie coś więcej niż film. Pierwszy raz oglądałem go jakoś półtra roku temu, od tego czasu mam za sobą już około 10-15 seansów. Poza tym, pod to mogę podciągąć ogólnie kinomatografię. Lubię oglądać filmy, robię to często, omijam te najpopularniejsze, komercyjne produkcje. Za to praktycznie nie oglądam telewizji.
Kit Kat
Wunderbaton, baton nad batony, czekoladowy król. Niech się schowają Snicersy czy inne Marsy, smaku Kit Kata nic nie przebije. Jem średnio jednego dziennie. Szkoda, że w Polsce jest tak mało rodzajów - wiecie, że na świecie jest ich ponad 150?
Hoop Cola
Zostając przy artykułach spożywczych, żadne Pepsi czy Kolo-Cole, najlepszy jest ten produkt polski! Nawet teraz popijam.
Muzyka
To jest tak oczywiste, że aż nie mam siły pisać. :D
Internet
W internecie nie istnieje długo, bowiem tylko (?) trzy lata. Jednak to wystarczyło, żeby mocno z nim moje życie powiązać. Bez internetu jestem sparaliżowany - wiadomości, komunikacja ze znajomymi, wiedza, słowniki... wszystko to w 90% biorę z tego źródła. Za to nie korzystam praktycznie wcale z telefonu komórkowego, który uważam za kolejny, cywilizacyjny nałóg. Jest tu ktoś, kto nie posiada komórki? No.
Do zabawy wytypować nie bardzo mam kogo, Ci których znam, albo nie przepadają za takimi zabawami, albo już zostali wybrali przez kogoś innego. Ale niech będzie:
Właśnie skończyłem oglądać Cinema Paradiso, który wyemitowała Jedynka, i autentycznie się wzruszyłem, jak nigdy na filmie. Utwierdziłem się w przekonaniu, że zdecydowanie najlepsze filmy kręcone są poza USA. Jedyne co ostatnio mnie zachwyca, to kino europejskie. Muzyka Morricone fantastyczna. Ktoś?
Tak, tak - nareszcie nastał ten dzień, na który czekałem od 4 września 2006 roku, godziny 10:00 - wakacje! Jako wyznawca lata i niewolnik lenistwa, musiałem o tym napisać na blogu :) Nie wiem czy wpłynie to jakoś na Muzykofilię, ale raczej nie powinno - dużo wolnego czasu i spory nadmiar myśli w głowie. Wróciłem do domu i włączyłem Klaxons, może postaram się słuchać w te wakacje tylko wesołej muzyki; może zrobie coś pożytecznego, a może ten czas minie mi na spaniu między kolejnymi Chlej Party ;] Zobaczymy.
Ze spraw bieżących - poddałem się i założyłem sobie konto na Twitterze. Możecie mnie dodawać do znajomych, żebym się tam nie czuł samotny ;P
Ps(t). Tytuł notki to piosenka The Never z płyty Antarctica, btw świetnej, polecam.
...czyli co potrafią nasze uszy. Koniecznie załóż na głowę słuchawki, zamknij oczy i włącz to.
Tak, nie byłbym sobą, gdybym się nie podzielił. ;)
„Jesli moge wyrazac swoje mysli, moge to robic jedynie przez muzyke. Niech wiec sie tak stanie. Ta plyta wszyscy, którzy ja tworzylismy chcemy glosno dac wyraz naszego niezadowolenia z braku zdrowego dystansu do odmiennosci, z zasciankowej mentalnosci i dziwnego poczucia moralnosci, która odrzuca milosc, ale pozwala potepiac i przesladowac drugiego czlowieka.”.
Music For Boys And Gays to składanka dla gejów, skompletowana przez Kayah, naszą wielką nadwiślańską gwiazdę. Ogólnie to już teraz jest to dla mnie faworyt na żenadę roku w polskiej fonografii, być może wyprzedzający debiut Hariasena. Nie wiem co prezentowała sobą Kayah wcześniej, ale dla mnie jest całkowicie spalona (właściwie to kojarze ją tylko z jednej płyty Republiki, anyone? :>). Tak beznadziejnego kłiku marketingowego już dawno nie widziałem. Nie żebym zabierał stanowsko co do homo, ale jak mają być traktowani na równi ze wszystkimi, skoro wyróżnia się ich odmienność przy każdej okazji? Składanka dla gejów, po to, żeby nie było żadnych podziałów. Więc dlaczego nikt nie robi składanek dla łysych lubiących brunetki, albo piegowatych impotentów?
Co w środku? Kylie Minogue, Moloko, Suede, Antony And The Johnsons, The Knife oraz Madonna. Reszta żenadna, albo nie kojarzę. Ciekawy jestem kryteriów, jakie były przyjmowane co do doboru artystów, bo...
KYLIE WCALE MI NA GEJA NIE WYGLĄDA!
Ostatnio cienko tutaj - na pół gwizdka, co poradzić. Wakacje się zbliżają, co budzi we mnie zwierzę - niesamowitego leniwca. Podobno powinienem się uczyć, ale im bardziej muszę, tym bardziej mi się nie chce i mimo, że chodzą pogłoski, iż się obijam - dawno tak nie cierpiałem na deficyt czasu, jak teraz.
Czas wyrwać się z tego letargu, i coś napisać - choć nawet to nie będzie pełnoprawna notka - bowiem o filmie. The Pick of Destiny to produkcja Tenacious D, jajcarskiego zespołu, krążącego w klimatach hard rocka. Film ma podobny charakter - dwóch rockmanów próbuje ukraść z muzeum Rock & Roll'a starożytną Kostkę Przeznaczenia - przepustkę do sławy. Komedia nieziemska, humor, mimo, że raczej z tej niższej półki - śmieszy.
Tutaj macie teledysk Tenacious D, Tribute Najlepszej Piosenki Na Świecie. Oddaje klimat filmu.
Jak pokazują statystyki, notka "O mnie" jest najczęściej czytana ze wszystkich. Nie mam pojęcia dlaczego, może macie niezły ubaw z tego czy co. No to postanowiłem zmodernizować ją, bo ta dotychczasowa była krótko mówiąc beznadziejna.
Mam złą (na pewno?) wiadomość. Nie będę już mógł pisać o muzyce, oguchłem.
No dobra, nigdy nie byłem dobry w prima aprilisowych żartach. Chociaż pierwszego kwietnia moja czujność zawsze wzrasta i jestem nieufny wobec informacji do mnie docierających. No i tu się pojawia problem, bowiem przeglądając serwisy internetowe, nie mogę rozróżnić, co jest żartem a co nie. To chyba najlepiej obrazuje poziom absurdu występujący w Polsce. Nasi politycy zapewniają nam każdego dnia takie wspaniałe pomysły, które w innych krajach, nawet jako żarty prima aprilisowe by nie przeszły. [wpis całkowicie_nie_o_muzyce, wybaczcie, postaram się robić to jak najrzadziej :D]