
Gdyby Obama nie wygrał wyborów, a musiałby to zrobić jakiś czarnoskóry, typowałbym Kanye Westa. Na nowym albumie 'prawie-raper' zaskakuje: pomysłem, wykonaniem, i tym, że ciągle wszystko mu się udaje.
Już sam sposób zapowiedzi 808s & Heartbreak różni się znacznie od Graduation. Brak nachalnej promocji, w mediach cisza (a przecież pamiętamy walkę West - 50 Cent poprzedzającą ich poprzednie płyty), ograniczenie się do promocji singla. Na tyle skutecznie skrywano się z wydaniem tego albumu, że praktycznie przegapiłem jego wydanie i podsumowanie roczne je ominęło. A Heartbreak mogłoby w nim powalczyć.

Nowa płyta Eldo atakuje nas od pierwszych sekund wieśniackim, remizowym bitem. Można się przerazić, na szczęście to chwilowe - tylko Miasto Gwiazd ma się gorzej, a cała płyta absolutnie zadziwia. Bo to nie jest normalne, gdy jeden człowiek robi pod rząd 4 fantastyczne płyty. To są jakieś czarne siły, jakiś cynamonowy diabeł na oknie, haha.
Dopiero teraz zorientowałem się, że rok temu też próbowałem zrecenzować jego płytę, 27. Zakończyło się na "Eldo jest elo.", kolejny raz dowiaduje się, że ciężko o nim pisać. Bo chciałbym tutaj przekazać szczerą prawdę, że jego teksty są po prostu miażdżące, liryki w Twarzach po prostu piękne, a całe Nie pytaj o nią chwyta za gardło, i powinno każdego, kto kocha Polskę. Tylko jak to napisać o łysym, uszatym raperze? Jak ja spojrze później w oczy matce. Rozumiecie mię? No, ciężko pisać.
Strasznie na mnie ostatnio narzekacie, nie podobają Wam się moje recenzje, listy i tak dalej.. Postanowiłem bardziej liczyć się z Waszym zdaniem i stworzyć recenzję interaktywną. Oto oddaje wam generator recenzji nowego albumu Fisza i Emadego, pod tytułem Heavi Metal. W kilku miejscach macie wybór i sami wybieracie opcje, jak zrecenzować tę płytę. Prawidłowa i moja wersja jest podkreślona.

Czym jest Miłość? Miłość to trójmiejski zespół uskuteczniający bardzo udanie jazz w latach dziewięćdziesiątych. W składzie Tymon Tymański/Trzaska/Możdżer/Oleter i czasami Lester Bowie nagrała Miłość 6 albumów, ale załóżmy, że nie muszę ich przedstawiać, bo to w miare znany i dobry skład.
Lecz zanim Miłość stała się Miłością, była czymś o dziwnej nazwie Sni Sredstvom Za Uklanianie, i o tym chciałbym napisać. Był to pierwszy poważniejszy zespół Tymona Tymańskiego, który w roku założenia (1983) miał zaledwie 16 lat. Inspirowane nową-falą i post-punkiem utwory zbierane były przez 3 lata, aż miały okazje być zarejestrowane w studiu Studenckiej Agencji Radiowej. Niestety, nagrania zaginęły gdy SAR zamienił się w Radio Arnet, i ich opublikowanie nie miało nigdy miejsca. Do zespołu doszedł Mikołaj Trzaska i wszystko ukierunkowało się w stronę początków Miłości, Sni Sredstvom Za Ukladanie poszło w zapomnienie.
![]()
Zaczytane gdzieśtam: post-rock jest jak filmy porno, obejrzysz jeden - znasz je wszystkie, lecz mimo to nadal je oglądasz. Tak to już jest z tym gatunkiem, że ciężko o odkrywanie w nim czegoś nowego. To trochę jak dzielenie liczb pierwszych - post rock sam w sobie jest już rozwinięciem czegoś innego, więc ciężko go rozwinąć jeszcze bardziej. Czego efektem jest zatapianie rynku zespołów typu tribute-to-mogwai, bez wyrazu i pomysłu, ciężko w tej post-rockowej fali wygrzebać coś godnego uwagi. Ale czasami się uda, tak jak mnie udało się kilka dni temu.
Kilka faktów o Mooncake: Mooncake są zupełnie nieznani z tego co widzę, google twierdzi, że to japońskie ciasto. Mooncake są z Rosji, na zespół składa się czwórka panów o bardzo rosyjskich nazwiskach. Mooncake nasłuchali się dużo Godspeed You! Black Emperor i Explosions In The Sky. Przekładają to wyraźnie na swoją muzykę, ale granie postrocka polega na naśladowaniu GY!BE i innych tuzów gatunku, całą sztuką widocznie jest to, żeby robić to jak najlepiej.
Lagrange Points jest typową, w całości instrumentalną płytą, mocno osadzoną w charakterystyce gatunku. Mimo to od razu wyczułem w niej jakąś wyróżniającą energie, ma siłę wyrazu. Większość utworów to skrupulatne budowanie ściany dźwięku, dwie gitary, bas, często do tego skrzypce. Ciężko napisać coś więcej, pojedyńczo wyciągać kolejne elementy, skoro ta muzyka brzmi jak zlepiona masa dźwięków, absolutnie porywająca, drżąca, nieustannie ciągnąca się ku finałowi.
Jeśli miałbym silić się na jakieś porównania, to powiem tylko, że to najlepszy post-rockowy debiut od czasu wydania Enjoy Eternal Bliss przez Yndi Halda. Kto wie, czy w ogóle nie najlepsza płyta w tych rejonach? Innymi słowy: po prostu ściągajcie i sami się przekonajcie, ahoj, mam katar i gorączkę, ale jest całkiem ok haha.

Chyba się starzeję i na piłce coraz mniej znam, bo z 6 pierwszych meczów Euro, trafiłem wynik tylko potyczki Portugalii z Turcją. Otwarcie turnieju już nic dobrego nie zwiastowało - Szwajcaria (mój pewny typ na wyjście z grupy, do czasu) pechowo wtopiła ze słabymi Czechami, i na dodatek straciła najlepszego snajpera - Freia, który schodząc z boiska się rozpłakał (ej no, kogoś to nie wzruszyło? :>).
![]()
Droga Scarlett,
mogło być nam razem tak pięknie. Nie żeby na moje uwielbienie względem Ciebie decydujący wpływ miało moje przekonanie, że jesteś jedną z kilku najpiękniejszych istot chodzących po Ziemi. Wcale nie. Przy pierwszym ujęciu w Lost in Translation nie widać Twojej twarzy, więc o jakimś szowinistycznym zachowaniu nie może być mowy. A jednak od tego właśnie ujęcia pokochałem Cię, i z zachwytem oglądałem gdy spacerowałaś sobie sennie przez Tokio, czy grałaś zagubioną nastolatkę w Ghost World.
Gdy zapowiedziałaś, że wydasz album byłem bardzo ciekawy, tym bardziej, że kiedyś już udowodniłaś, że potencjał wokalny masz, nagrywając swoją wersję klasyka George'a Gershwina - Summertime.
Przed przeczytaniem, koniecznie obejrzyj powyższy filmik.
Proszę Państwa! Przerywamy naszą stałą pozycję, ponieważ mamy sensacyjny materiał. Nasz reporter powie o nim za chwile kilka słów: Dobry wieczór państwu. Sensacjaaaa. Odnalazłem w piwnicy w Londynie oryginał nieznanej zupełnie kolaboracji Briana Eno, Cocteau Twins i Kate Bush, nie ma go żaden inny blog na świecie. I za chwile premiera:
Wstęp: ..............................................................................................
...........................................................................................................
...........................................................................................................
...........................................................................................................
...........................................................................................................

Kyte, gdy tylko zaznaczyło swoją obecność na muzycznym rynku od razu porównano do Sigur Rós. Porównanie do Sigur Rós ostatnio brzmi jak zapowiedź tragedii. Tragedią było wydanie rok temu albumu Amiinii, czyli ziomków Sigurów z Islandii (porównywania wtedy były nawet głośniejsze), którzy wydali jedną z nudnejszych płyt 2007 roku. Tragedią jest też to, że każda nowa post-rockowa kapela z północy Europy *musi* mieć w sobie cząstkę Sigur Rós, inspirować się nimi lub cokolwiek. Musi.
Tak też do albumu o minimalistycznej (każdy zespół inspirujący się Islandią musi mieć taką) okładce podszedłem z niejaką trwogą. Okazało się, że jednak niesłusznie.

Od razu mówię, że jeśli tytuł notki wywołał u Ciebie ponadprzeciętne zdziwienie, ironiczny uśmieszek, ewentualnie uważasz, że The Beatles grali rock (bo w końcu nie mógłbyś słuchać popu, ugh), to nie czytaj tego i idź posłuchaj Toola.
Jakoś z początkiem lat dziewięćdziesiątych, czyli dla mnie praktycznie od zawsze, gdy do Polski zaczął napływać rock i grunge, a plastikowe dźwięki popadły w niełaskę, Papa Dance zostało uznane przez ogół jako synonim tandety i obciachu. Swoje trzy grosze dodało również rodzące się zjawisko disco-polo, które sprawiło, że w świadomości ludzi każda muzyka mająca w sobie klawisze i wysokie wokale = disco polo. Kilka lat temu epoka '80 zaczęła przeżywać renesans, lumpeksy napełniły się indie-dziewczętami, i w końcu muzyka poszła tym tropem. Reaktywacja Papa Dance w 2005 roku dokończyła już tylko dzieła zniszczenia. Płyta żart/pomyłka 1 000 000 fanek nie mogło się mylić!, do tego występy w programach pokroju "Europa da się lubić", i próby zaistnienia w obecnym show-biznesie tylko pogłębiło znak równości między PD a tandetą. Ale dlaczego nikt do cholery nie wspomni, że to coś, co funkconuje teraz w tv ma w sobie 0% (słownie: nic, ani jednej osoby) pierwszego składu? Został Stasiak z drugiego składu otoczony anonimami.

Za bydgoskim zespołem Variété pech ciągnie się jak ogon. Gdy przeżywali swoje 5 minut, i mieli już gotową taśmę z debiutackim nagraniem, ktoś ją skradł. Odegrać się tego nie dało, i w efekcie pierwszą płytą Variete była praktycznie druga, ot - paradoks. Do tego nagrana aż sześć lat później, w '93, gdy iskra popularności już przygasła. Trzy lata później wydali Wieczór Przy Balustradzie, który cierpiał na brak promocji, i przeszedł bez echa. W końcu, po wskrzeszeniu zespołu w 2005 roku, również pech ich nie odpuszczał. Nowy Materiał został niesłusznie i z niewiadomych mi przyczyn niedoceniony i szerzej przemilczany. Powalczę z tym, bo warto.

W końcu stało się to, na co wielu, przez wiele lat czekało, oczekując przy tym wiele (tak, byłem w tej grupie) - rodzina Waglewskich wydała wspólną płytę. Najstarszy z Wagli na stare lata odkrył w sobie jakieś duże złoża ambicji: rok temu Koledzy z Maleńczukiem, pod koniec '07 wiersze Twardowskiego z VooVoo, a teraz Męska Muzyka z synami, choć wydanie tej płyty od dawna było tylko kwestią czasu.
Jedno jest pewne: jest ona zdecydowanie najlepsza z wymienionych wcześniej produkcji. Jest klimatyczna, mocno eklektyczna, trochę do picia, trochę do samotnego smęcenia. Kawał dobrej roboty odwalił Emade, który ożywił znacznie bluesowe granie ojca, które po tych czarach miejscami zamienia się w energiczne country.
Największym plusem albumu są jednak miejsca, gdzie wyraźnie widać wpływ Fisza (który notabene udowadnia, że potrafi *śpiewać*) - Majty, Sport, Badminton. Najlepiej wypadło chyba jednak Zimno, które jest chyba najbardziej wspólnym i wycentrowanym utworem wszystkich panów - produkcyjne smaczki Emadego, zwrotki Fisza, i świetny refren śpiewany wraz z WW.

Wcale nie kocham Marka Lanegana, a na jego wyczyny w QOTSA jestem nieczuły i obojętny. A Stich In Time, gdzie ostatnio startły się głosy Grega Dulliego i wyżej wymienionego, na pewno nie jest moją ulubioną produkcją Twilight Singers. Gdy w styczniu usłyszałem dwa kawałki zapowiadającę ich wspólną długogrającą płytę, byłem zawiedziony. The Stations i Idle Hands nie są najwyższych lotów, a przede wszystkim nie są utrzymane w tej stylistyce, w której Dulliego mógłbym słuchać zawsze. Langan jest dla Grega jak złe towarzystwo dla przeciętnego nastolatka. Sprowadza go w złą, dawno porzuconą drogę, pełną gitarowych zgrzytów i metalicznych wokali. Nie, nieee... oddaj nam Dulliego, tego z debiutu TS, tego uwodziciela, mr ever lover...

A campire and a tent and a flashlight and some matches and a tree and that river and my glasses and a spaceship and a really really big bear but the bear is really really far away.
Phil Elverum raczy nas kolejną EPką. Rekompensując nam to, że ostatnią można było zdobyć tylko wraz z książką, Nobody's Perfect jest całkowicie darmowa, a link do jej ściągnięcia znajdziecie pod tekstem. To już kolejny mini-album, zapowiedzi pełnej płyty jak nie było tak nie ma, a przecież już za chwile minie 3 wiosna od wydania No Flashlight.

The most passionate, beautiful, emotional album; her voice emanates all the sadness that fills her world. I would cry if i was gay.
Jest kilka powodów dla których zamiast recenzować kolejne marne British Sea Power czy inne indie-obojniactwo, napiszę o ponad 40 letnim i w dodatku polskim albumie. Pierwsze - bo to rzecz wybitna; dwa - bo to rzecz wybitnie nieznana w kręgach moich czytelników podejrzewam - przykładowo - wśród moich 25 znajomych na RYMie, żaden nie ma w katalogu tego wydawnictwa. W końcu trzy - chodzi mi drugi dzień po głowie bez_przerwy.

Mietall Waluś jest postacią niemal pomnikową. Na środku dużego miasta, Krakowa może, albo tych przeklętych Mysłowic, powinien stanąć pomnik tego człowieka i straszyć, ostrzegać: 'Artysto! I Ty możesz się tak stoczyć!'. Bowiem Mietall ma to do siebie, że jest podręcznikowym przykładem kogoś, kto swego czasu podbić mógł świat, a aktualnie podbija Pcim Dolny.

Czuję się trochę odpowiedzialny za to rozsianie świadomości istnienia takiego zespołu jak The Teenagers, tak też, gdy wydali już debiutacki krążek, wypadałoby napisać jak im to poszło. Tak jak pół roku temu pod moim wpisem, tak i teraz w całym internecie nawiązała się niezła polemika między zwolennikami i przeciwnikami zespołu.

Do płyt Xiu Xiu powinno dodawać się instrukcję, ile razy trzeba owy krążek przesłuchać, zanim zdecyduje sie go źle ocenić. Woman As Lovers zmian nie przynosi, nadal panują porozrzucane, chaotyczne dźwięki niewiadomego pochodzenia, które z początku zdają się być bezsensownym łomoto-grzechoceniem. Ale tylko z początku, później narasta zaintrygowanie, i w końcu za tym czwartym-piątym razem orientujemy się, że to jest przeuroczy avant-pop.

Typowy artykuł o NYC: New York Crasnals grają pod Joy Division (bardzo wyraźne wpływy new wave), Interpol (konieczne dodanie: to ci, którzy naśladują Joy Divison), Radiohead (to coś innego, ale też z Wielkiej Brytanii) i Sonic Youth (oni już zupełnie z innego kontynentu, ale też mają gitary).

'Album o wszystkich kobietach, które kiedykolwiek odeszły od mężczyzn; deszczu, który nigdy nie przestaje padać - i całej wódce, która skończyła się w nieodpowiednich momentach, a po następną nie było komu pójść. - czerski'
Poezji w wersji śpiewanej wiele w Polsce nie uświadczymy: jest Świetlicki i jego niezliczone projekty; są oazowe alternatywy typu SDM. Pewnego, prawdopodobnie deszczowego wieczoru, przed moimi oczyma, i uszyma też, ukazały się Towary Zastępcze.

To miejsce jest zbyt poukładane, sterylne, i to mi nie odpowiada. Od początku wakacji pisałem tylko o albumach z 2007 roku, i to był błąd - czas z tym skończyć. Do tego recenzje Kylie czy Grammatika, faktycznie nie tędy droga. Dzięki tym, którzy pomagali mi w uświadomieniu sobie tego ;)
Sozialistisches Patientenkollektiv to nazwa organizacji założonej na przełomie dekad '60/'70, zrzeszającej lekarzy i pacjentów, odrzucających tradycyjncyjne metody leczenia zaburzeń psychicznych. Ich koncept opierał się na poglądzie, że wszystkie zaburzenia natury psychicznej, są efektem fatalnego oddziaływania na nas destrukcyjnego społeczeństwa. Tak było na papierze, w praktyce wyglądało to tak: banda ześfirowanych lekarzy praktykowała eksperymentalne metody leczenia na bandzie jeszcze większych psychopatów. Przykładowo: Jak myślicie, czy wywiercenie śrubą dziury w czaszce to dobry sposób na wyleczenie schizofrenii?
![]()
Gdyby Jan Ciszewski był recenzentem muzycznym, o Kylie Minogue z pewnością powiedziałby, że właśnie wróciła z dalekiej podróży. Wygrana walka z rakiem, i powrót po czteroletniej przerwie.
Ktoś by pomyślał, że wiek bezlitośnie zbliżający się do czterdziestki eliminuje ze sceny takie artystki, a jednak nic z tego - Kylie nadal pozostaje pop-diwą, i to w lepszej niż moglibyśmy się spodziewać, formie.

Jeden jest plus wydania tego albumu - znów, bez pytająco przymrużonych oczu znajomych, mogłem posłuchać Heya, powspominać, i się przy tym nie tłumaczyć. I to by było chyba na tyle.
![]()
Nadszedł złoty wiek dla psychodelicznego grania. Po Animal Collective i Akron/Family przychodzi czas na Yeasayera, który atakuje debiutem aspirującym do ochowych rejonów. W roku 2007 spadł prawdziwy, muzyczny, kwaśny deszcz.
Przystawke i naostrzenie apetytów miało miejsce już w tamtym roku, wraz z wydaniem singla - 2080, który sprawnie podniósł na nogi niewielką część internetowej społeczności w oczekiwaniu na debiut. Ten ujrzał światło dzienne niedawno, i niespodziewanie przerósł i tak wysokie oczekiwania. To pozytywne zaskoczenie jednak może też dać powody do niedosytu - Yeasayer najprawdopodobniej nie zajmie należnego im miejsca indie-światku. Na tak dobrą płytę nikt nie był przygotowany, nikt nie zwolnił im odpowiedniej ilości miejsca.

Odstrzelić powinno się każdą kolejną osobę, która przy recenzji debiutu Much używa sformułowań: "najlepszy polski zespół z płytą/bez płyty", "najbardziej wyczekiwany debiut tego roku" lub "Terroromans to najlepsza płyta od czasów pierwszego CKOD/Turn On The Bright Lights/Sgt. Peppersa". Brawo, nasi nadwiślańscy indierecenzenci obrzydzili mi ten album, zanim w ogóle miałem okazję go posłuchać. Po przeczytaniu kilku ton tekstu odruchy wymiotne biorą mnie na sam wydźwięk słowa 'muchy'. Szkoda, bo tak ważnej płyty u nas już dawno nie było.

Bon Iver to pseudonim, pod którym ukrywa się Justin Vernon, nieznany ex-członek nieznanego szerzej zespołu DeYarmond Edison. Po nieudanych próbach zrobienia czegoś zauważalnego, wziął gitarę w rękę i wyizolował się muzyczną smutą w wydźwięku 'znowu w życiu mi nie wyszło'. Paradkosalnie, przez ową izolacje i leczenie błędów przeszłości, stworzył coś co godne jest przyszłości na muzycznych listach podsumowań tego roku. Może nie na szczytach, ale skromnie, cicho, gdzieś na wygodnch miejscach...

Duran Duran już dwa razy próbowali wstrzelić się w nowomilenijne trendy muzyczne. Obie te próby okazały się sporym fiaskiem, dołączając do licznej już grupy albumów z dyskografii DD poziomem wydającym się pytać: Gdzie się podziały tamte lata '80? W tym roku brytyjczycy postawili na przysłowie 'do trzech razy sztuka'. Jaki sposób wybrali, by odnaleźć się w czasach, gdy miejsca na szczytach list przebojów wyznaczają Timbaland na współkę z Justinem Timberlakiem? Banalnie prosty - po prostu zaprosili ich do współpracy.

Sigur Rós po dwóch latach milczenia, zbywa fanów z nadzieją oczekujących nowego albumu, kompilacją. Kompilacją, którą każdy bardziej zaanagażowany fan mógł sobie sam sklecić w domu przed monitorem. A za sam ładny art-work cena 70 złotych jest raczej wygórowana.

Odkrywanie czegoś nowego, eksplorowanie świeżych, nieznanych nam dotąd płaszczyzn zawsze idzie w parze z ekscytacją zjawiskiem, często dziecięcą wręcz podnietą podmiotu. Badanie tego, co jeszcze jest czyste, nieskażone wzrokiem mas ludzi - po prostu przynosi nam radość. Tak właśnie sprawa ma się z albumem Untrue nieznanego dotąd szerzej Buriala.
Jak to w tych listopadach bywa, zachorowałem, co zaowocowało przedłużeniem i tak długiego weekendu. Nowy album Tomka Makowieckiego jako lek się nie sprawdził, no chyba, że na bezsenność.
Tomek odłożył na bok gitarę, zdjął koszulke i założył spodnie z szelkami, by wypełnić misje pierwszego w kraju retro-popowego typa. Przy okazji strasząc suchą klatą i przekolorowanymi tekstami.
Otwierający płytę tytułowy kawałek może zmylić. Słychać, trochę zepchniętą w głębie gitare akustyczną, w około roztacza się trochę sepiowy klimat. Ckliwość i smęcenie na tym poziomie mnie by zadowoliło, jednak niestety im dalej - tym słabiej. Monotonne podkłady muzyczne, nudne (a nie jak to chce się wmawiać - dostojne czy tam stonowane) aranżacje i brak pomysłu na naprawdę dobre melodie. Szum Wiatru i Stereo, Nie Jesteś Sam, Czasem i tak dalej, wszystko to wyróżnia jedno: brak pomysłu. Sporo jak dla mnie w tym zgrywania i aktorstwa, niż prawdziwych umiejętności. 'Teraz pogramy muzyke stylizowaną na filmy lat sześćdziesiątych" - ciach, płyta jest, tylko co z tego, skoro faktyczne zaplecze artystyczne i wokalne Tomka powyżej wała nie podskoczy. Do tego dochodzą napompowane instrumentalne wstawki. Skrzypce, trąbka, saksofon, niespodziewanie atakują nas z różnych stron, nie bardzo wiadomo po co. Pokazówa.
Na uwagę zasługuje za to krótkie Głosy Przyjaciół, które skutecznie, na współ z ostatnim Bonnie & Clyde, wprowadza do albumu szczypte francuskiej atmosfery.
Gorzej jest z tekstami, słabymi, gimnazjalnymi. "Miłość jest trudna bo chcemy tylko brać / więc nie opieraj się gdy będziesz czuł że możesz dać". Pretensjonalność z nich aż bije, to jeden z wielu przykładów. Wszystko to wywołuje we mnie myśli, że ten album to doskonały prezent dla mojej młodszej siostry.
Makowiecki na siłę chciał zrobić materiał z klasą, którego słuchaliby tylko piękni, wykształceni panowie w francuskich garniturach i piękne panie w wieczorowych kreacjach. Wyszło coś, co idealnie sprawdzi się w pokoju nastolatki z włosami spiętymi w kucyk, która nadal czeka na księcia z bajki. Haha, przykro mi.
Co się stało, że dopiero teraz piszę o tej płycie? Wielkie emocje związane z jej wydaniem już powoli opadają, i skupiają się bardziej na stanie zdrowia artystki. Od początku jakoś przyjmowałem ten album z lekkim niezrozumieniem tego wielkiego halo, więc postanowiłem to przeczekać, tym bardziej, że żadnej jaskrawej opinii na jego temat nie posiadałem. Lecz czas ukrócić to milczenie, bo albumu aspirującego do miana popowej płyty roku nie wypada ignorować.
Roisin skończyła współpracę z Matthew Herbertem, która dała całkiem smaczne owoce dwa lata temu w postaci jazzująco-kojącego Ruby Blue. Tym razem za ex-wokalistką Moloko stoi większe grono dzwiękotwórców, na czele z Andym Cato i Seijm. Efekt? Roisin wtargnęła w strefy wpływów Kylie i Madonny, w sam środek parkietu, dokładnie pod krzyształową kulę.
Na początku zawładnął mnie jeden z singli, otwieracz i utwór tytułowy jednocześnie - Overpowered. Kwaśno-house'owy klimat, świetny bit i reeefren... głos Roisin gdy wyśpiewuje 'As science struggles on to try to explain / Oxytoxins flowing ever into my brain' sprawia, że trace wszystkie aktualne wątki myślowe. Reszte traktowałem ozięble, jako coś co jest 'kilka numerów' po Overpowered. Nie rusza mnie przesłodzony Movie Star, nie ruszają zbytnio trzy poprzedzające ten utwór piosenki - smaczków producenckich i głosu Rosin, który przybiera nadprzyrodzone formy, nie można im odmówić - nie jest to jednak na tyle oryginalne, żebym się zatracił. Inaczej sprawa ma się w Primitive, Footprints i Dear Miami - przesmaczne syntezatorki, potężne bity i zawiadacki charakter, czego trzeba więcej? Klaskany rytm w Footprints zrywa mnie z krzesła, uplifting kolejnych melodii zabójczy - spróbujcie się zdołować przy tym albumie.
Warte zaznaczenia, że cały materiał tutaj ma ogromny potencjał koncertowy, co łatwo sprawdzić na Youtubie. Tym bardziej zazdroszczę tym, którzy będą na jej koncercie w Warszawie (?), gdy już się wykuruje. BTW, nieźle pieprznęła w to krzesło, co nie?
Nie lubię robić podumowań, więc sami dojdzie do tego, że wg. mnie album tak jak w połowie doskonały, tak też nierówny.
Krótkie zainteresowaniem SOADem chyba każdy musi przejść, to tak jak z Nirvaną - posłuchasz w młodości, a później już Ci się nie chce do tego wracać. Tak też miałem i ja kilka lat temu, więc gdy Serj ogłosił zawieszenie zespołu, raczej przeszło mi to koło ucha. Gdy jednak wydał album 'solowy' i podniosły się głosy, że to jedna z najważniejszych płyt roku - tego zignorować nie mogłem.
Co my tu właściwie mamy? To nie jest debiut Tankiana, to jest szósta płyta System Of a Down. A przynajmniej spokojnie mogłaby nią być, i tak nikt by nie zauważył różnicy. To kolejne 12 piosenek z charakterystycznymi, energetycznymi riffami, gwałtownymi wybuchami, przejściami, zrywami - z tym wszystkim, co sprawia, że muzyki Systemu nie da się pomylić z żadną inną. I choć, że w tym wszystkim Serj zjada (nie do końca swój) ogon, trzeba przyznać - przez te lata wraz z kolegami udało mu się wypracować STYL i ORYGINALNOŚĆ, która właściwie jest zagrożona tylko przez nich samych.
Jedyne, co Tankianowi wyszło w pełni, to dobór singli. Oba trzymają naprawdę dobry poziom (do tego świetny teledysk Empty Walls), i gdybym znów miał czternaście lat, to po samych Empty Walls i The Unthinking Majority byłbym bliski dostania usznego orgazmu. Dalej już jest bardzo średnio na krzyż z bardzo miernie, może z wyjątkiem w postaci dobrego Saving Us. Jednak dla ludzi, którzy przebywają w klimatach okołosystemowych w dni powszednie może to być coś naprawdę świetnego, nie zaprzeczam.
A, i jeszcze mała dygresja, której nie dam rady pominąć. Czy tylko mnie Serj kojarzy się z Boratem? Ale tak bardzo, że nieraz łapie się na tym, że myśle "o, Borat wydał solówkę". Paranoja. No powiedzcie, że też tak macie?
Jeszcze kwestia, której nie sposób pominąć - teksty. Nie lubię, gdy muzycy biorą się za zbawianie świata, angażując się politycznie, a już naprawdę nie lubię, gdy robią to słabo. Serj mimo chęci, często wkracza w rejony już patetyczne, które nie powinny się pojawić. Terroryści, wojna w Iraku - serio, zostawmy to innym.
Średnio jest. Podsumowując - przeciętny czytelnik bloga powinnien zainteresować chociaż singlami. Fani SOADu, czy innych tego typu stwórów - wystąp i kupić/ściągnąć. Odmaszerować.
W połowie października tego roku, szwedzki Kent dał podręcznikowy przykład tego, jak w przeszłości dobry i wartościowy zespół może przerodzić się w definicje muzycznej miernoty i ciotowatości.
Lubiłem Kent, szczególnie ten wczesny, brit-popowy, lekkie i chwytliwe brzmienie, plus egzotyczne pochodzenie i język, który przyciągał. Hagnesta Hill to jedna z fajniejszych pozycji w europie końca lat dziwięćdziesiątych, nawet do teraz utrzymuje to zdanie, może z sympatii, a może bardziej z rzeczywistej wartości tego albumu. Po tym niewątpliwym sukcesie Hagnesty, Kent zaczął zbaczać ze ścieżki, w bardziej te zboczone, disco-rockowe kompozycje. Te też miały w sobie jakiś urok, chwytliwość - na przykład Vapen & Ammunition jest całkiem przyzwoite. Lecz teraz, to już naprawdę przegieli.
Panowie przyodziali lśniące skóry, obcisłe spodnie, okulary i zaczęli tworzyć dico-polo. Tillbaka Till Samtiden pełna jest tandety i kiczu, którego wcześniej albo nie było, albo nie byłem w stanie go dostrzec. Z resztą, sprawa się wyjaśnia, gdy dowiemy się, że zespół opuścił gitarzysta, a zamiast niego wkroczył nowy producent. I mamy przepis na klęskę.
Nie ma co się rozpisywać i znęcać nad tym niegdyś sympatycznym tworem, niech całą beznadziejność i trywialność zobrazuje Wam, to, komiczno-futurystyczne wcielenie Kent.
Jakoś we wrześniu Pezet przerwał denerwujące milczenie, i pokazał światu nowy singiel - Na Tym Osiedlu. Jedyną moją reakcją było wtedy wielkie WTF?! i nadzieja, że to tylko jakiś chwyt, mający na celu pociągnięcie sprzedaży. Nadzieja matką głupich.
Kilka zdań w ramach disklajmera. Pezet nigdy dla mnie nie był obojętny, już od wydania debiutu konsekwentnie czekałem na kolejne produkcje. Aż śmiać mi się chce jak przypomnę sobie gdy jako gówniarz doznawałem przy Muzyce Klasycznej, później już bardziej uświadomiony pochłaniałem Muzykę Poważną. Dla mnie te dwie płyty to już teraz zdecydowanie coś więcej niż zwykłe, dobre hip-hopowe produkcje. Potężne bity Noona i niedoścignione flow Pezeta (do teraz tak uważam), no i przypomnienie sobie Bitwy Płockiej, na której PZ uratował honor Obrońców Tytułu miażdżonych przez Tedego (! szukajcie bo mocna rzecz).
Nie dajcie się zwieść tytułowi tej płyty, Muzyka Rozrywkowa nie jest w żadnym stopniu kontynuacją stylu obranego na Klasycznej i Poważnej. Obie pierwsze Muzyki balansowały między nostalgicznym i inteligentnym rapem, a zabawą i umiarkowanym bossostwem. Idealnie wpasowały się w rynek, a odbiorców znalazły zarówno między blokami, jak i w ładnych domach na przedmieściach. Pezetowi widocznie to się nie podobało, bo postanowił pojechać całkowicie po bandzie, pokazując kto tu kurwa rządzi na Ursynowie, kto rucha najlepsze dupy i kto najzajebiściej się ubiera, kurwa kurwa i jeszcze kurwa. Jeśli to miał być sposób na pozbycie się części audytorium, to się chyba uda.
Przy pierwszym przesłuchaniu byłem bliski zamknięcia się w sobie i uznania tego za kiepski żart. Treść. Treść... jest na tak niskim poziomie, że nie chcę się nad nią znęcać. Wyobraźcie sobie album w całości wypełniony porzez różne wariacje i interpretacje na temat Seniority. Ugh?
Odbiór tej płyty jest uzależniony od tego, na ile będziemy w stanie przymknąć ucho na teksty i na wydźwięk treści. Bo... kurwa, Pezet pozostaje bossem formy. Flow najlepsze w całym tym bagienku zwanym polskim rapem, nieustannie od tych sześciu lat notuje ciągły progres. Technicznie, to jest mistrzostwo.
Duży wpływ na zmiany na pewno miała zmiana producenta. Nie wiem właściwie z jakiego powodu niemożliwe było kontynuuowanie doskonale współpracującego duetu Pezet-Noon. Szogun to zdecydowanie inna kategoria niż Noon, inny styl, i w ogóle bez porównania. Wszystko jednak zależy od indywidualnych upodobań, bo bity Szoguna wcale nie są złe (no, chociaż są i wpadki - refren Noc i Dzień = zniesmaczenie na mojej twarzy). Na wyróżnienie zdecydowanie zasługują te z Halo, Pornogwiazdy czy Gdyby Miało Nie Być Jutra. Krótko mówiąc - mój strach o poziom produkcji był nieuzasadniony raczej.
Na szczególną uwagę zasługują gościnne występy, które wyjątkowe liczne i jakościowo zróżnicowane. Wdowa ze swoim jęczeniem i pseudonamiętnością w głosie sprawia, że mam ochotę naciskać next przy kawałkach z jej udziałem. Za to mamy tu jedno mistrzostwo - Pornogwiazdy, z zajebistymi nawijkami 2Cztery7 i nie gorsze Czterdzieściprocent z Mesem.
Uwagę może zwrócić kawałek Mam Ten Styl, który niewiele różni się od Szyku tegorocznego Eldo. Warto zapuścić oba utwory obok siebie, i porównać. Czyżby Eldo w znacznie lepszej formie?
I tak właśnie wyszło, pomieszanie z poplątaniem. Początkowe zażenowanie może powoli zaniknąć z kilkoma przesłuchaniami, co niestety nie zmienia ogólnego obrazu albumu: nie na to czekaliśmy, delikatnie ujmując. Jedyna nadzieja w szykowanej płycie z Ajronem, na myspace można posłuchać W Moim Świecie, który udanie przywołuje najlepsze momenty twórczości Pezeta, ahhh, czekamy. Tymczasem pozostając przy Muzyce Rozrywkowej, jedyne zdanie, które przychodzi mi na myśl na koniec tego przydługiego wywodu: Pezet, jak mogłeś to wszystko tak spierdolić, zmarnować tak?
Czekaliśmy cztery lata, wielu z nas na coś rewolucyjnego. Dostaliśmy In Rainbows, być może jedynie z rewolucyjnym sposobem dystrybucji. Czekaliśmy na drugie OK Computer, na drugie Kid A. Dostaliśmy... pierwsze In Rainbows.
Ostatnio przypomniałem sobie, że latem, podczas naszych offowych muzycznych rozmów, często używaliśmy określenia 'robi mi'. Ta piosenka mi robi, ten album mi robi i tak dalej, w różnych kombinacjach. Co oznacza, że coś nam robi? Otóż, sprawia, że targają nami skrajne uczucia, tak też album robiący nam: albo wywołuje u nas scisk w gardle, dziwne wzruszenie; albo kolokwialnie mówiąc, kopie dupe.
Podstawowym i bazowym pytaniem, na które chciałbym odpowiedzieć w tej recenzji jest: Czy nowy album Radiohead mi robi?
Pisanie o Radiohead nie jest wcale wygodne. Pisanie o tej płycie tym bardziej - pięć dni wystarczyło, żeby zazwyczaj żelazni niczym elektorat Pisu fani Radiogłowych podzielili się na dwa wrogie sobie obozy. Jak nie trudno się domyślić, na tych za i na tych przeciw. Dziwi mnie to trochę, bo takie podziały tworzą się zazwyczaj przy jakimś zwrocie o 180 stopnii, w stylu graliśmy rock to pogramy teraz elektronikę. Jednak przy Radiohead wystarczy nawet to, że zamiast dziejowej, genialnej płyty nagrali płytę po prostu bardzo dobrą.
Presja, oczekiwanie, wymaganie. Do końca kariery będą traktowani jak maszyna, która MUSI wydawać genialne dzieła. Patrzenie z tej perspektywy skazywało In Rainbows na porażke w przedbiegach. Do tego stopnia, że niektórzy mieli wyrobinione zdanie o tym albumie przed pierwszym przesłuchaniem.
10 października, budzę się wcześniej niż zazwyczaj. Nie do końca jeszcze przytomny, wchodzę na maila, gdzie czeka na mnie trzeźwiący link. Ściągam, wrzucam na odtwarzacz, ruszam do szkoły, do której jednak ostatecznie nie docieram. Szukam spokojnego miejsca, jest, naciskam play...
Robi mi 15 Step. Klaszczony, szybki rytm, bas (!), przypomina najlepsze elektroniczne wycieczki Brytyjczyków. Jedynie Everything in Its Right Place nie pozwala mi nazwać tego numeru najlepszym openerem Radiogłowych.
Robi mi jazgot gitar w Bodysnatchers. No powiedzcie, że ostatnie pół minuty to nie jest ostre kopanie dupy, jak za ich najlepszych, rockowych lat.
Po Nude niektórzy mogą być już w kawałeczkach, ale to nie wszystko. All I Need to w moim przekonaniu najlepszy utwór In Rainbows, i najlepszy utwór Radiohead od dawna. Pachnąca trochę klimatem How To Disappear Completly ballada, która na wysokości 2:56 przechodzi w coś nadprzyrodzonego, wspaniałego. Ciach, Trach, kabuuuum!
Nie ma tak dobrze jednak, album nie jest pozbawiony słabszych momentów. Działać na nerwy może szczególnie pościelowe, miękkie, banalne House of Card. Nie podobać się może proste Faust Arp. Tak jak brak jakiegoś spektakularnego zamknięcia - Videotape, mimo, że to całkiem ciekawa kompozycja (to pianino!) nie jest jakąś wielką kropką nad i, tak jak kiedyś był chociażby Motion Picture Soundtrack.
In Rainbows nie jest płytą wybitną. Nie wprowadza nic szczególnie nowego, jest inspirowane tym co było wcześniej, oparta na sprawdzonych patentach. Ma jednak swój czar, urok, piękno, którego nie odkryjemy, przesłuchując dwa razy w dniu wydania, w trakcie jedzenia śniadania.
Naprawdę starałem się pokochać Beirut, serio. Widząc jak ta muzyka pochłonia kilku znajomych, którzy potrafili słuchać Gulag Orkestar bez większych przerw po kilka miesięcy, rozdziabiałem paszcze ze zdziwienia. Niektórzy żyli tym albumem, a ja - hmm, spasowałem po trzecim, bodajże, przesłuchaniu. Dla mnie to była mierna, mało konkretna, przeźroczysta wycieczka w klimaty, które i tak mało mnie interesują, no może poza kilkoma filmami Kusturicy. Chociaż i tak już bardziej mi odpowiadają autentyczne folkowe przyśpiewki z Czarny Kot, Biały Kot, niż wysiłki jakiegoś amerykanina, który nawet na Bałkanach nigdy nie był.
Ten rok przynosi nam nowy album Zacha Condona, który tym razem, swoje klimatyczne zapatrywania przeniósł o kilka tysięcy kilometrów na północny-zachód, lądując w kraju ślimakożerców. Gdyby ktoś od razu nie poczaił gdzie jesteśmy (tak jak ja, haha), to tytuły służą za drogowskaz: Nantes, La Banlieu itd. Wspominałem już kiedyś, że nie lubię Francji?
Dla odmiany, The Flying Club Cup zaczyna się wyśmienicie. Po ledwie dwudziestosekundowym intrze, dochodzi nam do uszu kapitalna melodia (zabijcie mnie, nie wiem jakie jest tego źródło, instrument), która ogarnia całe Nantes, i tym samym winduje ten kawałek na największego highlighta płyty.
Cały album podobno został zainspirowany starą, grubo przedwojenną fotografią, pokazującą Pole Marsowe w Paryżu. Fakt, album swoją atmosferą może przypominać starą, zżółkłą fotografię, wyniszczoną przez czas, jednak zachowaną gdzieś w ukryciu przez lata. Condom próbuje przenieść nas do starego Paryża, pełnego kawiarenek i sztuki, Paryża będącego jeszcze kulturalną stolicą świata. Na tym polu sukcesu nie można mu odmówić, ale co z tego, skoro muzycznie nadal kuleje?
Prosty sposób na przekonanie się o tym, że BYŁO wcześniej i lepiej: posłuchajcie scieżki dźwiękowej do Amelii Yanna Tiersena. Tyle w tej sprawie, choć Latający Klub wyzwolił we mnie jakąś ciekawość i chęć kolejnych odsłuchów, i w sumie podoba mi się dużo bardziej niż debiut - to nadal nie to.
Tak wyszło, że w bardzo krótkim odstępie czasowym płyty wydały dwie tuzy, z trójki wielkich amerykańskich (no, może nie do końca), folkowych songwriterów. Do walki i bezpośredniego pojedynku doszło między Samem Beamem znanym jako Iron & Wine a Davendrą Banhartem. Lider klasyfikacji generalnej, Sufjan Stevens w tej kolejce pauzuje.
Do obu płyt podszedłem bez uprzedzeń, bo obu zawodników cenię. Iron & Wine za magnifique debiut, Banharta za Cripple Crow, którego nawet recenzje możecie znaleźć gdzieś w czeluściach tego bloga. Tak więc sędzia obiektywny w swojej subiektywności, myślę.
Kto zna twórczość Davendry wie, że jego albumy cechuje niebywała nierówność. Choćby nagrał materiał doskonały, i tak byłby przeplatany w najlepszym wypadku średniakami. Kto liczy na jakiś progres w tej sprawie, to niech lepiej przestanie. Ale o tym trochę później, najpierw o treści. Mamy tutaj 16 piosenek, tradycyjnie urzymanych w klimacie latynoskim, do leżenia pod drzewem z wymalowanym na twarzy hasłem "pierdolę, nie robię". Banhart jednocześnie przeszedł sam siebie, jeśli chodzi o rozrzut stylowy materiału, żonglowanie melodiami i klimatem. Są tutaj leniwe ballady, są inspirowane latami pięćdziesiątymi piosenki a'la Elvis (Shabop Shalom). Jest soul w Lover, uważny znajdzie nawet wpływy reagae (The Other Woman). Ciekawie to wygląda chyba tylko na papierze, muzycznie to wielki misz-masz nie trzymający się kupy. Album jest sporo za długi (ponad siedemdziesiąt minut), i w połowie mimowolnie spoglądamy na to, ile jeszcze utworów przed nami. Materiał rozlazł Banhartowi w rękach, i zamiast to jakoś zespolić, wygląda jak taśma przed sensownym montażem. Wywalić z dwadzieścia minut zapychaczy, i mamy bardzo dobrą płytę. Dlaczego się na to nie zdecydował? Wtedy może takie perełki jak na przykład Bad Girl (to łaaaa, boskie!) nie tonęłyby w tonie przeciętności.
Brodaty Beam wie jak to się robi. Spokojniejszy, bardziej stonowany od latynoskiego kolegi konsekwentnie brnie do przodu, i wydaje kolejną, równą, i równie dobrą płytę. Pomimo stylistycznych styków z Banhartem to jednak zupełnie inny biegun. O ile ten pierwszy potrafi wywołać uśmiech swoją ekstrawagancją i sympatycznym dziwactwem, to Sam Baum to bardziej muzyczny introwertyk, kultywujący raczej zachowania typowe dla chociażby takiego Nicka Drake'a. Na kolejnej już płycie daje temu wyraz, wypełniając krążek często melancholijnymi, nostalgicznymi kompozycjami (cały album dostępny na myspace, posłuchajcie ostatniego Flightless Bird, czysta magia). Czujemy spójność materiału, autentyczność (na dobre wyszedł powrótd do Sub Pop) i wszystko pięknie się układa, dając naprawdę dobre wydawnictwo.
Werdykt jest prosty - zwycięstwo należy do Iron & Wine.
To już chyba standard, że od Ulvera z każdą kolejną płytą oczekuje się zwrotu obranego muzycznego kierunku o 180 stopni. Zaczynali od black-metalu, przechodząc przez folk i elektronikę (!). Nikt by się nie zdziwił, gdyby na Shadows of the Sun norwegowie z pierwszym numerem zaatakowaliby nas dancowym beatem i roztańczonym klimatem. Albo gdyby zaczeli grać szanty. Albo gdyby przeszli operacje zmiany płci, i koncertowali jako radosny girlsband... no dobra, zagalopowałem się.
O dziwo, żadne cuda się nie dzieją, i grupa chyba powoli się statkuje, konsekwentnie względnie niewiele (jak na Ulver) zmieniając ze stylistyki Blood Inside. Nadal mamy tu posępną, oniryczną elektornikę, jakieś zbłąkane instrumenty, i przepięknie odnajdujący się w tym wszystkim wokal Garma.
Ale to nie środki są najważniejsze, tylko końcowy efekt. Mamy tu niewyobrażalnie gęsty, ciężki, melancholijny klimat. Jakiś apokaliptyczny pierwiastek zawieszony jest w tej muzyce, i czymkolwiek są tytułowe Cienie Słońca, nie jestem pewien co do ich sympatyczności. A może to dlatego, że jest już baardzo ciemno, i jestem tu sam? No, podsumowując, faktem jest, że Shadows Of The Sun nie nastraja jakoś wyjątkowo optymistycznie, tak jak też nie wypełnia radością mego serca. Raczej sprawia, że rozglądam się na boki niepewnie.
I choć brzmi to nieciekawie, jest to niebywały plus tego krążka. Zdolność wywołania takiego klimatu w głowie odbiorcy to wyjatkowa sztuka. Ale żeby nie było zbyt miło - mimo tego, że album buduje tą nostalgiczną atmosferę, czegoś zdecydowanie mu brakuje. Jest jak wspaniała foremka, której nikt nie wypełnił piaskiem. Zarys, kontury dźwiękowe są, niepowtarzalny, nocny klimat też, jednak jakby trochę treści brakowało. Gdyby wykorzystali cały potencjał drzemiący w tych utworach, teraz mogliby spać spokojnie, czekając na zasypanie laurami. Może lepiej, że stało się jak się stało, i wydali album tylko dobry, co by im się w głowach nie pomieszało od dobrobytu. Niekażdy nagrywa wspaniałe albumy jeden za drugim, do tego ma własną wytwórnie i respect na mieście. Czekamy na więcej.