
Gdyby Obama nie wygrał wyborów, a musiałby to zrobić jakiś czarnoskóry, typowałbym Kanye Westa. Na nowym albumie 'prawie-raper' zaskakuje: pomysłem, wykonaniem, i tym, że ciągle wszystko mu się udaje.
Już sam sposób zapowiedzi 808s & Heartbreak różni się znacznie od Graduation. Brak nachalnej promocji, w mediach cisza (a przecież pamiętamy walkę West - 50 Cent poprzedzającą ich poprzednie płyty), ograniczenie się do promocji singla. Na tyle skutecznie skrywano się z wydaniem tego albumu, że praktycznie przegapiłem jego wydanie i podsumowanie roczne je ominęło. A Heartbreak mogłoby w nim powalczyć.

Chyba się starzeję i na piłce coraz mniej znam, bo z 6 pierwszych meczów Euro, trafiłem wynik tylko potyczki Portugalii z Turcją. Otwarcie turnieju już nic dobrego nie zwiastowało - Szwajcaria (mój pewny typ na wyjście z grupy, do czasu) pechowo wtopiła ze słabymi Czechami, i na dodatek straciła najlepszego snajpera - Freia, który schodząc z boiska się rozpłakał (ej no, kogoś to nie wzruszyło? :>).
![]()
Droga Scarlett,
mogło być nam razem tak pięknie. Nie żeby na moje uwielbienie względem Ciebie decydujący wpływ miało moje przekonanie, że jesteś jedną z kilku najpiękniejszych istot chodzących po Ziemi. Wcale nie. Przy pierwszym ujęciu w Lost in Translation nie widać Twojej twarzy, więc o jakimś szowinistycznym zachowaniu nie może być mowy. A jednak od tego właśnie ujęcia pokochałem Cię, i z zachwytem oglądałem gdy spacerowałaś sobie sennie przez Tokio, czy grałaś zagubioną nastolatkę w Ghost World.
Gdy zapowiedziałaś, że wydasz album byłem bardzo ciekawy, tym bardziej, że kiedyś już udowodniłaś, że potencjał wokalny masz, nagrywając swoją wersję klasyka George'a Gershwina - Summertime.

Od razu mówię, że jeśli tytuł notki wywołał u Ciebie ponadprzeciętne zdziwienie, ironiczny uśmieszek, ewentualnie uważasz, że The Beatles grali rock (bo w końcu nie mógłbyś słuchać popu, ugh), to nie czytaj tego i idź posłuchaj Toola.
Jakoś z początkiem lat dziewięćdziesiątych, czyli dla mnie praktycznie od zawsze, gdy do Polski zaczął napływać rock i grunge, a plastikowe dźwięki popadły w niełaskę, Papa Dance zostało uznane przez ogół jako synonim tandety i obciachu. Swoje trzy grosze dodało również rodzące się zjawisko disco-polo, które sprawiło, że w świadomości ludzi każda muzyka mająca w sobie klawisze i wysokie wokale = disco polo. Kilka lat temu epoka '80 zaczęła przeżywać renesans, lumpeksy napełniły się indie-dziewczętami, i w końcu muzyka poszła tym tropem. Reaktywacja Papa Dance w 2005 roku dokończyła już tylko dzieła zniszczenia. Płyta żart/pomyłka 1 000 000 fanek nie mogło się mylić!, do tego występy w programach pokroju "Europa da się lubić", i próby zaistnienia w obecnym show-biznesie tylko pogłębiło znak równości między PD a tandetą. Ale dlaczego nikt do cholery nie wspomni, że to coś, co funkconuje teraz w tv ma w sobie 0% (słownie: nic, ani jednej osoby) pierwszego składu? Został Stasiak z drugiego składu otoczony anonimami.

Za bydgoskim zespołem Variété pech ciągnie się jak ogon. Gdy przeżywali swoje 5 minut, i mieli już gotową taśmę z debiutackim nagraniem, ktoś ją skradł. Odegrać się tego nie dało, i w efekcie pierwszą płytą Variete była praktycznie druga, ot - paradoks. Do tego nagrana aż sześć lat później, w '93, gdy iskra popularności już przygasła. Trzy lata później wydali Wieczór Przy Balustradzie, który cierpiał na brak promocji, i przeszedł bez echa. W końcu, po wskrzeszeniu zespołu w 2005 roku, również pech ich nie odpuszczał. Nowy Materiał został niesłusznie i z niewiadomych mi przyczyn niedoceniony i szerzej przemilczany. Powalczę z tym, bo warto.

W końcu stało się to, na co wielu, przez wiele lat czekało, oczekując przy tym wiele (tak, byłem w tej grupie) - rodzina Waglewskich wydała wspólną płytę. Najstarszy z Wagli na stare lata odkrył w sobie jakieś duże złoża ambicji: rok temu Koledzy z Maleńczukiem, pod koniec '07 wiersze Twardowskiego z VooVoo, a teraz Męska Muzyka z synami, choć wydanie tej płyty od dawna było tylko kwestią czasu.
Jedno jest pewne: jest ona zdecydowanie najlepsza z wymienionych wcześniej produkcji. Jest klimatyczna, mocno eklektyczna, trochę do picia, trochę do samotnego smęcenia. Kawał dobrej roboty odwalił Emade, który ożywił znacznie bluesowe granie ojca, które po tych czarach miejscami zamienia się w energiczne country.
Największym plusem albumu są jednak miejsca, gdzie wyraźnie widać wpływ Fisza (który notabene udowadnia, że potrafi *śpiewać*) - Majty, Sport, Badminton. Najlepiej wypadło chyba jednak Zimno, które jest chyba najbardziej wspólnym i wycentrowanym utworem wszystkich panów - produkcyjne smaczki Emadego, zwrotki Fisza, i świetny refren śpiewany wraz z WW.

Czuję się trochę odpowiedzialny za to rozsianie świadomości istnienia takiego zespołu jak The Teenagers, tak też, gdy wydali już debiutacki krążek, wypadałoby napisać jak im to poszło. Tak jak pół roku temu pod moim wpisem, tak i teraz w całym internecie nawiązała się niezła polemika między zwolennikami i przeciwnikami zespołu.
![]()
Gdyby Jan Ciszewski był recenzentem muzycznym, o Kylie Minogue z pewnością powiedziałby, że właśnie wróciła z dalekiej podróży. Wygrana walka z rakiem, i powrót po czteroletniej przerwie.
Ktoś by pomyślał, że wiek bezlitośnie zbliżający się do czterdziestki eliminuje ze sceny takie artystki, a jednak nic z tego - Kylie nadal pozostaje pop-diwą, i to w lepszej niż moglibyśmy się spodziewać, formie.

Duran Duran już dwa razy próbowali wstrzelić się w nowomilenijne trendy muzyczne. Obie te próby okazały się sporym fiaskiem, dołączając do licznej już grupy albumów z dyskografii DD poziomem wydającym się pytać: Gdzie się podziały tamte lata '80? W tym roku brytyjczycy postawili na przysłowie 'do trzech razy sztuka'. Jaki sposób wybrali, by odnaleźć się w czasach, gdy miejsca na szczytach list przebojów wyznaczają Timbaland na współkę z Justinem Timberlakiem? Banalnie prosty - po prostu zaprosili ich do współpracy.
Jak to w tych listopadach bywa, zachorowałem, co zaowocowało przedłużeniem i tak długiego weekendu. Nowy album Tomka Makowieckiego jako lek się nie sprawdził, no chyba, że na bezsenność.
Tomek odłożył na bok gitarę, zdjął koszulke i założył spodnie z szelkami, by wypełnić misje pierwszego w kraju retro-popowego typa. Przy okazji strasząc suchą klatą i przekolorowanymi tekstami.
Otwierający płytę tytułowy kawałek może zmylić. Słychać, trochę zepchniętą w głębie gitare akustyczną, w około roztacza się trochę sepiowy klimat. Ckliwość i smęcenie na tym poziomie mnie by zadowoliło, jednak niestety im dalej - tym słabiej. Monotonne podkłady muzyczne, nudne (a nie jak to chce się wmawiać - dostojne czy tam stonowane) aranżacje i brak pomysłu na naprawdę dobre melodie. Szum Wiatru i Stereo, Nie Jesteś Sam, Czasem i tak dalej, wszystko to wyróżnia jedno: brak pomysłu. Sporo jak dla mnie w tym zgrywania i aktorstwa, niż prawdziwych umiejętności. 'Teraz pogramy muzyke stylizowaną na filmy lat sześćdziesiątych" - ciach, płyta jest, tylko co z tego, skoro faktyczne zaplecze artystyczne i wokalne Tomka powyżej wała nie podskoczy. Do tego dochodzą napompowane instrumentalne wstawki. Skrzypce, trąbka, saksofon, niespodziewanie atakują nas z różnych stron, nie bardzo wiadomo po co. Pokazówa.
Na uwagę zasługuje za to krótkie Głosy Przyjaciół, które skutecznie, na współ z ostatnim Bonnie & Clyde, wprowadza do albumu szczypte francuskiej atmosfery.
Gorzej jest z tekstami, słabymi, gimnazjalnymi. "Miłość jest trudna bo chcemy tylko brać / więc nie opieraj się gdy będziesz czuł że możesz dać". Pretensjonalność z nich aż bije, to jeden z wielu przykładów. Wszystko to wywołuje we mnie myśli, że ten album to doskonały prezent dla mojej młodszej siostry.
Makowiecki na siłę chciał zrobić materiał z klasą, którego słuchaliby tylko piękni, wykształceni panowie w francuskich garniturach i piękne panie w wieczorowych kreacjach. Wyszło coś, co idealnie sprawdzi się w pokoju nastolatki z włosami spiętymi w kucyk, która nadal czeka na księcia z bajki. Haha, przykro mi.
Co się stało, że dopiero teraz piszę o tej płycie? Wielkie emocje związane z jej wydaniem już powoli opadają, i skupiają się bardziej na stanie zdrowia artystki. Od początku jakoś przyjmowałem ten album z lekkim niezrozumieniem tego wielkiego halo, więc postanowiłem to przeczekać, tym bardziej, że żadnej jaskrawej opinii na jego temat nie posiadałem. Lecz czas ukrócić to milczenie, bo albumu aspirującego do miana popowej płyty roku nie wypada ignorować.
Roisin skończyła współpracę z Matthew Herbertem, która dała całkiem smaczne owoce dwa lata temu w postaci jazzująco-kojącego Ruby Blue. Tym razem za ex-wokalistką Moloko stoi większe grono dzwiękotwórców, na czele z Andym Cato i Seijm. Efekt? Roisin wtargnęła w strefy wpływów Kylie i Madonny, w sam środek parkietu, dokładnie pod krzyształową kulę.
Na początku zawładnął mnie jeden z singli, otwieracz i utwór tytułowy jednocześnie - Overpowered. Kwaśno-house'owy klimat, świetny bit i reeefren... głos Roisin gdy wyśpiewuje 'As science struggles on to try to explain / Oxytoxins flowing ever into my brain' sprawia, że trace wszystkie aktualne wątki myślowe. Reszte traktowałem ozięble, jako coś co jest 'kilka numerów' po Overpowered. Nie rusza mnie przesłodzony Movie Star, nie ruszają zbytnio trzy poprzedzające ten utwór piosenki - smaczków producenckich i głosu Rosin, który przybiera nadprzyrodzone formy, nie można im odmówić - nie jest to jednak na tyle oryginalne, żebym się zatracił. Inaczej sprawa ma się w Primitive, Footprints i Dear Miami - przesmaczne syntezatorki, potężne bity i zawiadacki charakter, czego trzeba więcej? Klaskany rytm w Footprints zrywa mnie z krzesła, uplifting kolejnych melodii zabójczy - spróbujcie się zdołować przy tym albumie.
Warte zaznaczenia, że cały materiał tutaj ma ogromny potencjał koncertowy, co łatwo sprawdzić na Youtubie. Tym bardziej zazdroszczę tym, którzy będą na jej koncercie w Warszawie (?), gdy już się wykuruje. BTW, nieźle pieprznęła w to krzesło, co nie?
Nie lubię robić podumowań, więc sami dojdzie do tego, że wg. mnie album tak jak w połowie doskonały, tak też nierówny.
W połowie października tego roku, szwedzki Kent dał podręcznikowy przykład tego, jak w przeszłości dobry i wartościowy zespół może przerodzić się w definicje muzycznej miernoty i ciotowatości.
Lubiłem Kent, szczególnie ten wczesny, brit-popowy, lekkie i chwytliwe brzmienie, plus egzotyczne pochodzenie i język, który przyciągał. Hagnesta Hill to jedna z fajniejszych pozycji w europie końca lat dziwięćdziesiątych, nawet do teraz utrzymuje to zdanie, może z sympatii, a może bardziej z rzeczywistej wartości tego albumu. Po tym niewątpliwym sukcesie Hagnesty, Kent zaczął zbaczać ze ścieżki, w bardziej te zboczone, disco-rockowe kompozycje. Te też miały w sobie jakiś urok, chwytliwość - na przykład Vapen & Ammunition jest całkiem przyzwoite. Lecz teraz, to już naprawdę przegieli.
Panowie przyodziali lśniące skóry, obcisłe spodnie, okulary i zaczęli tworzyć dico-polo. Tillbaka Till Samtiden pełna jest tandety i kiczu, którego wcześniej albo nie było, albo nie byłem w stanie go dostrzec. Z resztą, sprawa się wyjaśnia, gdy dowiemy się, że zespół opuścił gitarzysta, a zamiast niego wkroczył nowy producent. I mamy przepis na klęskę.
Nie ma co się rozpisywać i znęcać nad tym niegdyś sympatycznym tworem, niech całą beznadziejność i trywialność zobrazuje Wam, to, komiczno-futurystyczne wcielenie Kent.
Zasadnicze pytanie: co mogę zrobić z najnowszą płytą Happysad? Oczywiście przychodzą do głowy banalne rozwiązania, typu: posłuchać. Ale nie tylko! Okazuje się, że najnowszy album tego popularnego zespołu ma wiele, uniwersalnych zastosowań, bardzo ułatwiających życie, za co należy się uznanie na wstępie. Tak więc, co jeszcze?
Na ten krążek możemy wyrywać masę gimnazjalistek. I nie tylko gimnazjalistek jak się okazuje, licealistki też na to polecą. Instruktaż:
1. Zdobywamy jak najszybciej po premierze Nieprzygodę
2. Odpowiednio nagłaśniamy fakt zdobycia przez nas owej płyty
Teraz wystarczy tylko czekać na rezultaty, czyli błagania, prośby, zaczepki o pożyczenie albumu przez mnogą ilość przedstawicielek płci pięknej. Te za to charakteryzują się: młodym wiekiem, arafatkami na szyi i koszulkami Pidżamy Porno. Bardzo prosty sposób na stanie się bożyszczem czternastolatek.
Możemy przekonać siostrę, że wymiana na tygodniowe sprzątanie w Twoim pokoju wzamian za tą płytę to naprawdę świetny interes. Wiem, bo sam taką mam. A młodsze siostry mają to do siebie, że uwielbiają happysad! I zrobią wszystko, żeby mieć tę cholerną płytę.
Są to tylko dwa przykłady z wielu. Tak naprawdę, to ten album (gdy jeszcze nie jest tak rozpowszechniony) jest przepustką na każdą impreze, otwiera każdą bramę, gdzie bawi się kwiat polskiej młodzieży.
Ok, a teraz tak bardziej na serio. Do całego tego smutno-wesołego fenomenu, jak i do tej płyty mam stosunek trochę ambiwalentny. Bo tak ze szczerej strony, muzycznej, lirycznej i ogólnie artystycznej, to żenada przeokropna. Ale jednak mamy tu coś piosenkowego, lekkiego, banalnego... no i zdobędzie to odbiorców na pewno, więc dlaczegoby nie? Melodie strasznie banalne, i już wtóre (no w końcu trzecia płyta, patenty się wyczerpują), granie prostackie wręcz. Akurat dla studenckiego audytorium, co by się na juwenaliach było przy czym bawić, przy grochówce i wygazowanym piwie. Druga sprawa, o wiele bardziej bolesna - teksty. Nosz... o ile melodie dają się z czasem nawet polubić, to od tych grafomańskich tekstów niestrawności można dostać. 'Bo Ty tak pięknie pachniesz, kiedy przechodzisz pod oknem' Agrh! Następne: 'Reszka, znowu wypadła reszka / a ja tak liczyłem na orzełka'. I tak można wymieniać w kółko, każda piosenka przynosi nam tu jakieś literackie horrorki. Toż to są sprawy podstawówkowe, najdalej wczesno gimnazjalne. Tekściarz chyba pomyślał o młodych fankach, które skrupulatnie będą teksty zespołu wstawiać na opisy gg. Być może nawet wyliczali odpowiednią ilość znaków, inaczej nie umiem wyjaśnić tego zjawiska.
Na zakończenie małe podsumowanie: ta płyta jest aż słaba, ale do posłuchania - jak znajomi zapuszczą gdzieś na imprezie, to ucieczka nie jest konieczna. Wszystko toczyć się będzie dalej: Ci z słuchem trzymać się będą zdala, fani będą skakać z radości, moja siostra nadal będzie mnie męczyła głosem Cegły, czy jak mu tam.
Recenzja minimalnie zedytowana, ze względu na to, że są ludzie, którzy nie wyczują ironii/żartu, nawet gdy ta wyszłaby zza krzaków i kopnęła ich w dupe. Pozdrawiam wszystkich pieniaczów, którzy mają dystans do ulubionej muzyki mniejszy, niż do podłogi. I kolejny raz powtarzam, recenzje z założenia NIE SĄ OBIEKTYWNE. Zrozumieliście, głąby? ;)

Napiszę szybko o tej pani i jej singlu, bo zaraz wszystkim zainteresowanym wygadam na gadu i będzie po ptokach (nieraz mam wrażenie, że tego bloga czyta pięć osób, w porywach do siedemiu).
Pooop, miałem ochotę posłuchać ostatnio. Niestety, u nas pop = kupa gówna. Nawet miałem sięgnąć po tą nową płytę Dody, Diamond Bitch, ale w końcu się powstrzymałem, po przesłuchaniu singla na Youtube stwierdziłem, że to może być najwyżej tandetna, cekinowa dziwka. A traffic bloga już się cieszył na taki nowy, naganiający bodziec. W Anglii to mają inaczej... (zaznaczyć jako myśl wyjściowa do kolejnego akapitu)
Kate Nash to brytyjka, niewiele starsza ode mnie, pochodząca z Londynu. Singer/Songwriter, choć śmiesznie to wygląda w zestawieniu z gatunkiem jaki prezentuje. Jej debiutancka płyta, Made of Bricks wyszła zaledwie kilka dni temu, a w ojczyźnie już podobno machina hype'u ruszyła wnosząc ją na szczyty. Wygląda na grzeczną i udanie stoi w opozycji do tych wszystkich sex-bomb, nie musi dbać o sprzedaż swoją dupą czy opowieściami o robionych lodach w latach młodości (tak jak jej, skądinąd koleżanka, Lily Allen).
Jak wiadomo, pop singlami stoi. Więc głównie na tym się skupie, ba, w końcu jeden z nich mnie do tej płyty przyciągnął. Foundations to, co tu dużo ukrywać i mówiąc kolokwialnie - zajebista piosenka. Pierwszy raz oglądam teledysk (który zamieszcze na dole recenzji, a Wy go obejrzycie) i nie wiem, na czym się skupić: na tej świetnej, wesołej melodii; tekście; ślicznej Kate czy na jej przeuroczym akcencie? You said I must eat so many lemons.. 'couse I am so bitter, kurde! Daje Wam góra dwa - trzy przesłuchania, a będziecie tak jak ja wychodzić z domu z tym cytrynowym cytatem na ustach i z tą melodią w głowie.
Drugi singiel to Mouthwash, ale to raczej mnie już nie porwało. Ba, wesoło i wpadająco w ucho, lecz ja wybrałbym coś innego. Drugim kompletnym highlightem tej płyty jest dla mnie Shit Song, nazwa conajmniej nieodpowiadająca zawartości (no, wyłącznie na polu tekstowym). Osobiście cały utwór czekam na kolejne powtórzenie refrenu ;)
Podsumowując, cały album godny. Jeśli chcecie świeżego powiewu dźwięków, wiosenno-letniego ze swoich głośników, sięgnijcie po tą płytkę. A tymczasem, obowiązkowo przesłuchajcie Foundations: